Google

This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct

to make the world's books discoverablc onlinc.

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr.

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc

publishcr to a library and finally to you.

Usage guidelines

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to prevent abuse by commcrcial partics, including placing lechnical rcstrictions on automated querying. We also ask that you:

+ Make non-commercial use ofthefiles We designed Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for person al, non-commercial purposes.

+ Refrainfinm automated ąuerying Do not send automated querics of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę translation, optical character recognition or other areas where access to a laige amount of text is helpful, please contact us. We encourage the use of public domain materials for these purposes and may be able to help.

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout thisproject and helping them lind additional materials through Google Book Search. Please do not remove it.

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offer guidance on whether any specific use of any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe.

About Google Book Search

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web

at|http: //books. google .com/l

Google

Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej.

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy.

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie.

Zasady uźytkowEinia

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów komercyjnych. Prosimy również o;

Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti celach prywatnych.

Nieautomatyzowanie zapytań

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni.

Zachowywanie przypisań

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać.

Hganie prawa

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe.

Informacje o usłudze Google Book Search

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT]

/

t

^^4

i OK 4027 .K3 .T323

Cl

/

/'

.'•n;

% /

_/'

/

4>

y

*• ■•"^

ST. TARNOWSKI.

,..1I.,--T«3l iiPi"""

3ui!iOTiiavni

irt

KS

WALERYM KALINKA.

w KRAKOWIE,

M' DRUKARNI ^CZABU« FR, KLUCZYCKIEGO r «P. fiud larzaacm JuiL-ra Ukocliiikicgo.

1887.

Sllai ilówm » KsKEani

J.K.ZCPAŃSKIEGO .'. K J.HEUMANNA

K3T323

METROPOUJOS KUNIOU SEMIhfiSIJOS

IMVENTORiaS IsiaYińs

u

(iMt-na odbicie % „Priegląfl" P»bkl«n<.". - N.kli

:

I eilei

' kiei

poz

' die

"" wic

bez

'm wie

-. trt

iiaśzjcli starych poet(\*~ TciÓnowit z , pigicąc Tieraz na śmierć Kochanowskiego, tóńczyj _swój trei iwnie słowuuii: „przyjmij Da co mnie atać, albo wstań, pisz sobie." Tak »a ino trzebaby powiedzieć i teraz: „wstań, pisz sobie," jeieli twój życiorys ma liyć taki jak Jenerała Clila- jiowskiegu przynajmniej, choe słusznie zdałby się większy, kiedy o piękniejszy trudno. Żeby o księdzu Kabnce jak należy ilówić, tr/.ebaby mieć jego zmysł i roziiui polityczny, by luiać i sądzić; jego zmysł organiczny, iteby nic nie opuścić Isie zapomnieć; żeby o nim jak naieły pisać, trzehaby mieć ;o talent, jego dar porządkowania i opowiadania faktów jego sposób pisania. Ale j)różuo wołać ,.pisz sobie'' on lie wstanie, więc pisać musi kto jest i kto mo£e, dopóki ięe ńwieża a wiadomość pewna, dopóki szczęśliwa ctiwila pozwala mówić otwarcie i swobodnie. Wer weisz toas una die ndcliste Stitnde scIiwarzuersclUeiert hringt. Przystąpmy więc do tego, co naprędce z własnych wspomnień I uczuć bez pomocy iródel i dokumentów da się powiedzieć o czło- wieku, którego historj-a, polityka*, I religia, każda z równem ,weni uważa za swego i za znakomitego, a o którym Polska lie powiedzieć, że niewielu takich wydala, że niewielu było jej tak służyli.

Pole to bardzo rozległe, obejmujące polityczne, literackie, i religijne tycie Polski w przeciągu czterdziestu lat czasu; każda gałęi^. tej czynności wystarczyłaby na przedmiot do osobnego stndyum: publicystyczna jak historyczna, zakonna jak polityczna. A tymczasem od śmierci X, Kalinki pn^cszlo dopiero kilka miesięcy; zaledwo dość czasu, żeby jego dm-

r

kowane dzieła przerzncić; n tymczaseni wszystkie ślady jego politycznych dzialaii na emigracyi, tak konieczne i niezbędno , do poznania i określenia jego itycia, za grnnicą, nielknięte, nikomu nieznane ; a tymczasem cala koreepondencya tak długa i tak liczna, korespondencya nietylko z tymi co dr> jakiejkolwiek sprawy ważnej należeli, ale i 7. tymi eo mieli chęć i myśl robić cokolwiek najmniejszego, najskromniejsze- go... jakże bez tego o nim njówić? Zęby tylko jeduo wy- brać i dać poznać, historyka, czy publicysti;, czy księdza, trzebaby wiele, wiele więcej czasu i miejsca: a tu ma by6 mowa o wszystkiem, o talem ^.yciu i ralej postaci Ka- linki ?...

A więe czemu się tak śpieszyć? Czemu nie odłożyć ' na później, i piaeę rozłożywszy sobie porządnie zbadać ma- teryal spokojnie i swobodnie, i potem dopiero przyjść z ży- wotem prawdziwym jnż i dobrym? Zrobi się tosamo z siebie: rozłoży się ta praca na przedmioty i okresy czasu; bo nie zaraz przestaną ludzie o Kalince myśleć i pisać, ani odrazo wyczerpią i zamkną materyę. Będzie musiał pamiętać o nim i zajmować się nim każdy przyszły historyk Stanisława Augusta, i każdy, kto zechce śledzić dziejów historyografii w Polsce; spotka go każdy i będzie musiał z nim się zapo- znam, kto zechce pisać, a choćby tylko znać dzieje polskielt zabiegów i działań, czy za granicą do roku 1863, czy póż- .niej; i ten także, kto zechce zajmować się dziejami praeśla- dowania, obrony, i dźwigania się katolickiego ICośeioła w Pol- sce; i ten przyszły polityk czy historyk, co zeclice wiedzieć, jakie koleje przebywał wzajemny stosunek Polski i Rusi^ każdy napotka na Kalinkę, każdy będzie musiał zdać z niego sprawę sobie i drngim. Z tego, co oni wszyscy zrobią, wy- jaśni się kiedyś całość, summa działaii i zasług, z której ktoś dopiero wydobędzie obraz i prawdziwy żywot Kalinki. To zaś, co dziś zrobić można, to przez współczesnego naocznego świadka dla późniejszych zostawiona wskazówka i ułatwie- nia, a dla dzisiejszych uczynienie zadosyć powinności i po- trzebie.

^^(frwscĄ

I.

f^MOGITlS'

aŁsr-JS^*^^*^

Przyszedł na świat jako obywatel Wolnego Miasta Kra- kowa'). Mądrem zrządzeniem wydaje się ten przypadek, który mu kazał urodzić się w tym kącie Polski. Ojczyzna jest wszędzie nie ubi bencj ale gdzie źle, i wszędzie jej miłość tasania; przecież miejsca, gdzie ta siła ziemi oj- czystej jest większa, jak żeby warstwa jej humusu była głęb- sza i bogatsza. Z tegosamego środka rozeszła się kiedyś Polska i doszła daleko w różne strony, zapomniała pra- wie o punkcie z którego wyszła: ale jej korzenie od Ło- kietka czasów, jeżeli nie dawniej, tu, od TCarpat do San- domierza: jak jej rdzeniem, jej stosem pacierzowym jest Wisła. Korona drzewa była w Warszawie, a kiedy pioruny waliły w nią potrzaskały, ukryty korzeń pozostał niewi- dzialnie w ziemi, i ciągnął z niej soki jak mógł; a choć także karczowany nieraz i skaleczony, został i żyć nie prze- stał. Cmentarzem nazywają to miasto z przekąsem, czasem nawet Polacy. Prawda, tylko z dodatkiem tego, co Krasiński mówi o Rzymie „w tych grobach jest życie." Niejeden do- świadczył że mu przybywało siły, kiedy się tej ziemi do- tknął, a na tym cmentarzu wychował się, na myślach które

^) W Bolechowicach 20 listopada r. 1826. Ojciec Andrzej, matka Maryanna z Brzeskich.

on w głowie roznieca, wyuczył się niejeden /. łych, co w nii- szych cz.isach mieli niijlepsze ntyśli polityczne, na nim ci właśnie, co przeszloić znali najlepiej a teraźniejszość najle- piej uczyli. Wszak to tii, i dzięki temu *e tu był, wyszetlt Szujski na tego „Sługę grobów," który o sobie mńgl tnówić: „we mnie ogień zaiegl się nulości do tej wielkiej i świętej przeszłości" a Kałiuka choć wierszy ule pisał, t, pewno- ścią tak jak on, z tcnisamem uczuciem

„dźwigał te krzyże n.i barki"

i z ląeaijią myślą, w tymsaniym celu,

,aby narijd był z was kiedyś duiy.''

Ale Kałiuka ftarazy, odbierał tu inne jeszcze wrażeniii i pod innemi rozwijał się wpływami. Do lat dwudzieslu żyl w wolnem i niepodłeglem mieście Krakowie, u elioi^ ono ani wolnem ani niepodłeglem nie było, z trzema rezydentami w swoich muracłi i z wojskiem austryackiem na Podgórzu a rosyjskiem na Micłialowicacłi , było ostatnim zabytkiem nie- podległości i widomym niejako znakiem jej pamięci i uszano- wania, urzędowem przyznaniem jakiegoś do niej prawa, za- pisanego jeszcze w sumienia i świadomości świata, poręczo- nego międzynarodowym |)nktem. Biedna mała Rzeczpospolita wywołuje dziś u niektórych uśmiecli lekcewa'^enia i polito- aia; prawda, była bardzo mała, bardzo slat)a, a przyma- wiauo jej, ie była w sobie zamknięta i w sobie zakocłiana; że jej senatorowie i różnego rodzaju wielkości ełiodzily z uroczystą, zbyteczną powagą po swojej małej scenie... Być mo:^e, ie w liidziacli zdarzały się słabości lub śmieszności, ale trzebaby zważyć czego więcej, śmieszności albo szlacLet- ności było w mieście, o którem świat zapomniał, a które za- pomnieć uie cbeialo caem było, owszem, im bardziej w za- pomnieniu i poniewierce, leni bardziej czciło w sobie i chciało żetiy w niem był czczony potrójny majestat wieku, królew-

I^^iego pocliodzeniii, i Dieszczęścia; im bardziej jego prze- Bzłość znikała z pamięci ludzkiej, fetn bardziej cziilo się w obowiązku byii jej wiernem i wysuwać naprzód. A kto przesady w tciii dopatrz-y i ze zbytniej powagi iartnje, iiiecb pierwej zliczy, ile w takiem pojęciu siebie samego ma to miasto nasliigi, i ile przez nie oddaje ogółowi usługi. Nie ważył go lekko, ant się z niego śmiał instynkt nieprzyjacielski i rozum dypłomatyczny. Ks. Metternicli przez łat trzydzieści powtarzał ciągle, ie trzy dwory muszą koniecznie raz skoii- exy(: 7. tern Wolneni Miastem, które inaczej nie przestanie nigdy być la eille sainte du poloniame. Dziś nienawiść Kra- kowa, zawziętość na Kraków przeniosła się gdzieindziej, ale odgraża się zawsze, i zęby ostrzy na chwilę kiedyby mogła groźbę wykonać.

W lem więc mieście, pełnem przeszłości i jej ostatnim zabytku, gdzie mogiłę Kościuszki niedawno sypać skończono, dochodziły do duszy młodego chłopca głośne i wyraźne echa dawnych czasów. Odgłosy teraźniejszości ł)yly iune, a głównie dwa: panowanie trzech Rezydentów i ich organów nad mia- stem nil)y uiepodległem, i schodzące się ta jako w miejscn wolniejszeni, rozchodzące się ztąd różne pomysły, plany, cza- sem i rzeczywiste roboty spisków, które w ealej Europie rozpowszechnione, u nas znajdowały grunt sposobny i przy- gotowany. Kalinka miał lat dziesięć w tym roku 1836, kiedy nastąpiło tłumne wydalanie emigrantów z Galicyi i z Krakowa, a odiąd co roku, co miesiąca, musiał słyszeć o nowych a bezprawnych wdzieraniach się Rezydentów w zwierzchnicze prawa rządzącego Senatu; o nowych nadużyciach i bezpra- wiach, ba, prześladowaniach i srogościach o szpiegostwach brudnych, o więzieniach nieludzkich: w własnym domn nawet, na własnym ojcu miał przykład i doświadczenie krzyczącego bezpro.wia. Toczył się proces jakiś, cywilny, w którym inte- resowany był choć pośrednio Rezydent aiistryacki Liehmann; wyrok wypadł inaczej niż on chciał czy potrzebował. Nie- bawem potem przyszła wbrew woli Senatu i nie z jego

«inicyatywy - nader niby potrzebna rcorganizacya Najwyż-

^^^H szego Sądu, nowy jego statut prz-t-r. liezydeiifów ułożony i

^^^H /łojenie z tinędu (nie licząc iiij».3zyc)i ) trzech jego sędziów,

^^^1 Krzy?,anowskiego , Mąkójskiego i ...Andrzeja Kalinki. Syn

^^^1 miał wtedy lat szesnaście (1!^42). W takim stanie spoleczcii-

^^^1 stwa wśród którego ^'.ył. z takiemi dodutkami krzywd nawet

^^H osobistych, a przynajmniej rodzinnych, prosta rzecit, i,e opróc?,

^^H gorącego pr/.ywiązania do swego miasta i jego tradycyi,

^^H uczucia chłopca miały dwa tony składające się w jeden

^^^1 akkord ; nienawiść rozbiorowych państw i ich rządów, i iądzę

^^^1 wyłamania, wyłiicia się z ich mocy.

^^^H Etoby pisał historyę Krakowa z lat ostatntcłi Wolnego

^^^H Miasta, ten wymieniając różoych ludzi godnych uwagi, po-

^^^H winienby i to zapisać, i.e w kamienicy Franci8zkai'iskiej,

^^^^ft kióra d/.iś tnksaiiin Jak przed pół-wiekieni wygląda, i taksamo

^^^B, do stadnej ulicy nie przytyka, tylko przez różne do klasztoru

^^^H należące dziedzińce i zaułki, zagląda zdaleka na dawny ko-

^^^B ściól Św. Michała i na piantacye, chowało się czterech synów

^^^H sędziego Kalinki, między którymi był najmłodszy Waleryan.

^^^H Chłopcy te znaczyły dość wielo między rówiennikami i kole-

^^^^1 gami. Kie pytami zapewne i nie odgadywano, który z nieb

^^^H odznaczy się najbardziej i w jakim rodzaju: najstarszy moJte

^^^H Aleksander, zmarły od lat kilku jako mecenas w Kielcach,

^^^H ojciec rodziny, otoczony iiowszechuym szacitnkieni, albo Julian

^^^V drugi, zmarły lakże doktor medycyny może młodo i bcz-

^^^^ ^.ennie zmarły Kazimierz, o rok tylko od Waleryana starszy

r i jigo nieodstępny towarzysz, wydawał się towarzyszom albo

] i starszym, liardziej obiecującym od Waleryana, ale wszyscy

I byli wśród młodzieży ówczesnej znaczni i znani, zwracali na

I siebie uwagę starszych, u rówicnuików mieli zachowanie i

L wpływ. Ich mieszkanie często było świadkiem młodzieńczych

^^^V patryotycznych marzeń, pcwuem schronieniem głębokich a ta-

^^^B jemnycii narad jakby oswoliodzić ojczyznę...

^^^H Waleryan skończył Liceum i wszedł na uniwersytet

^^^B \T r. 1840- Jego świadectwa z ))oczątku świetniejsze niż pó-

^^^H ńniej. Na liście uczniów wydziału filozoHczne^o z r. 1840/41

^^^^t 'Zapisany Jest jako przychodzący z Liceum św. Anny z poste-

I|)ein il(>l>ryiii. Itaport tlziekański z Igo pólrt

wykazuje

cxaiiiiiiH y, emiucncyą ze ws?,ystkicli przedmiotów, prócz, re- ligii, języka greckiego i fraocuskiego. W półroczu drngiem jest eiuinencya (próCK Itistoryi) k lilerjitury jiowszeclinej, z re- ligii, 7, pedagogiki i z języka rosyjskiego. Ale w pierwszem półroczu drugiego roku (m41/4:f) jest jedna tylko cmineneya 7 tiistoryi powszeebnej, a ze wszystkich innych przedmiotów postęp tylko dobry. Po dwócli latacli tak zwanej JUosofii, przeszedł na wydział prawa ; ukończył go w r. 1845 i wstąpił do służby rządowej jako l)e/platny aplikant przy trybunale pierwszej instancyi, a tymczasem sposobił się do e^aniinów doktoi-skich. Ale zarazem, jak w tych latach i w jego latarli dwndziestn było prawie nienniknionem, uale^Jtł do tych przy- Koto nawczy cli robót powstania <izniiczouego przez kierujący komitet na d/iefi aO lutego I«4£! r.

Że sprawa sama była niemądrze poczęta i prowadzona, •/.bytecznie mówid; przekonał o tern wszystkich (próez spraw- ców) jej tragiczny koniec. Ale po nie boleśniejsze od nie- RZfzęśeia samego, ale przykrzejsze bo npokarzające, to że w tej tragedyi było t\lo śmieszności. Gdyby nic więcej Jak ten jeden szizcgńl, że ów nieszczęsny termin mniemanego powstania, które przecież powinno było wybuchnąć znienacka i nieprzyjaciela zaskoczyć, wiadomy był wszem wobec, mó- wił o nim głośno każdy, a więc i nieprzyjaciel miał czas zastanowić się co zrohi i przygotować! Ale gdyby tylko tyle. ^nana jest, i słusznie sławna ta francuska komedya, w któ- rej różne tajne rządy następują po sobie w przeciągn go- dziny, spychają się, oddają sie wzajemnie |)od sąd, zamy- kają się w coraz innych pokojach, niebieskich, zielonych, itółtych. Strach pomyśleć, ale ta satyra była rzeczywistością, była prawdą: i była nią w historyi polskiej i w polskiem mieście, na tle polskiej sprawy, w jej imię, z nadużyciem Kwiętj-ch imion wolności i ojezjzuy grało się to komiczne intermezzo wśród Herodowych scen r/.ezi w Itctleem i w Ra- mie, przy odgłosie płaczu Racheli za synami po których <lo (Iziśdnia po?ieszyć się nie może. Jakiś człowiek, przez

eale życie wiejski gospodar:^ , nie wojskowy bynajmniej, teni mniej polityk, zogtaje dykutorem; nienly zresztii człowiek, owszem dobry, któremu się zdawało że robi co powinien i nic innego robie nie chciał, jak służyć ojczyźnie! z całego serca slnżylby jej jako prosty żołnierz; powiedzieli mn, żo ma sinżyu jako dyktator! Ale ten dyktator ł)ył zbyt czer- wony, rząd zbyt rewolucyjny, wice znalazł się inny. Profe- sor uniwersytetu, autor książki o Literaturze Polskiej, (w dzie- sięciu tontncłi), z pewną liczltą swoich słucliaczy przyszedł) i zażądał żeby mu się dyktator z miejsca ustąpił. Dyktator uslachał, ahdykował: ale po kilku godzinach wrócił znowu i złożył z dyktatury profesora, a sam ujął władzę... A tym- czasem Dziennik Rządowy lizeczt/pospolitej PolakiuJ ogłaszał coraz nowe manifesty dyktatora i jego ministrów, ogłaszał nominncyj bez likn, obiecywał we wstępnytli artykułach, że „cala Słowiańszczyzna podniesie się, skoro się dowie o wa- „szem posłannictwie, a Enropa wspierać je będzie wszeł- „kicmi siłami" (nr. 1); winszował sobie, że „rewoiucya przez „jeden dzień zrobiła bardzo wiele, bo stanęła na niewzrn- „szonej podstawie, ministerstwa ukonstytuowane czynnoSć „z swą jak naj energiczniej rozwijają; teatr wojny rozciąga się „w dwie strony, ku Kongresówce i w Galicyę; cala prze- „strzeń zmienia się w jedną wielką armię... Dyktator mia- „nowałjnż komisarzy powiatu Bocheńskiego i Wadowickiego" (nr. 2); daiej donosi Dziennik, że rewolucya społeczna z wielkim zapałem ogłoszona była w Wieliczce, i zaprzecza mylnym wie- ściom rozsiewanym przez niechętnych, jakoby w Galicyi lud wiejski napadał na ex-szlacłitę. Coś może wyjątkowo się zda- rzyło, ale jak lud dostanie do rąk manifest rządu rewolucyj- nego, zapali sic zaraz najczystszym patryotyzmem (nr. 4) ').

') Liczył ten dziennik sześć numeriiw. Pierwszy nosi ilatę 2Gg(t lutego, oatatoi 3gu marca. Dwa pierwsze zapełnione manifestami, rozporządzeniami, odezwami ; w części nieui'zc- dowe.j małe artykuły, czcetu podpisane przez Edwarda Dembowskiego. Od trzeciego numeru obejmuje redakcyi;

Nie clice się wierzyć czytując, nie chce się wierzyć, że Indzie rozumni i powaJtni figurowali w tej parodyi powgtaii i rządów, a jednak tak byio: tym dyktatorem, co Tyseow- skiego zrzucił, a w parę godzin sam iipsdł, był Micliat Wisz- niewski. Antoni łłelceł mianowany sekretarzem w miniate- ryuni spraw zagranic/.nycli, Henryk Wodzicki zastępcą mini- stra skarbu... a uietrzetta myśłce i nie tn najsmutniejsza, że raz taka Iragikomedya zdarzyć się mngin. To nie jest rzecz, która raz przchyta powtórzyć się nie n\ote. Owszem, ona muai wracać wszędzie, gdzie tujne rządy licz sił, a mnie- mane wojny bez wojsk; u nas powtórzyła się na większą skalę, z gorszemi skutkumi w Int 17 później: a w strasznym pogromie Francyi, w lem zawnieniu się Europy, które się stało w roku 1870 i 1871, czy mało było pierwiastków i lu- dzi podobnych? czy i ten dramat większy od naszycli nie był, jak mówi Klaczko (w Bezimiennym Poecie) „najbar- „dziej rozdzierający przez to, ie cłioć tak tragiczny, był cza- „sem pudobny do knmedyi."

A w tern pociecha mała, ie strona druga, ta silna, co ma wojsko i prawdziwy rzijd, postępowała równie niemądrze a brzydziej. Trudno zrozumieli tych Polaków, co ogłaszają dyktatury bez kraju i wojska: ale równie trudno zrozumieć tego jeneniia, który z Podgórza wkracza z wojskiem, zaj- muje miasto niepodległe, neutralne, i wtedy jes/.ezo spokojne: trzyma je przez dwie doby pod wojennym a chwilami okrut- nym, oburzającym terroryzmem, a potem nagle niewiedzieć

jakiś redaktor stały, ktiiry się WBznki;e nio podpisuje, a orzfil odLiity na tytule występuje jui bez korony. Nomina- cye jeszcze i odezwy także, ale jaż rzadsze. Za to wy- Htępiiją modlitwy, wiersze patryotyozne, i oznaka braku innyuli wiadomości i materyalów wiadomości bieżące zagraniczne, z Francyi, z Anglii, z Niemiec, obojętne zu- pełnie i do sprawy tego powstania nie należące. W dwtJch ostatnich numerach, czy taki brak innego materyalli , czy możo chęć popisania się rozległem! wiadoraoiciaini, nowiny z Meksyku i z Bombaju !

dlaczego iiagwalt to miasto oimszeKa i cdfa się na Foiigórze. Jeieli tn postępowanie jenerała Colliim nie było pertidyą wyraebowiiiią iia to, żeby w Krakowie jukiś rząd rewolu- cyjny móg'1 stanae, a w swoitn ey-asie poatiiJtyć za pretekst tlt) zajęcia i przyłączenia Wolnego Miasta, to było dziwnym aktem łatwowierności, przestrachu, popłochu wywołanego wie- śeiaDii o Dailciiodzącej wielkiej iiit)y sile pnwstańciiw ; w każ- dym razie ualeinlo te wieści sprawdzić i)ierwej, a potem tIo|)iero wynosić się na Podgórze. Jakikolwiek l>ył powód, to postępek piękny nie był.

Nie tn miejsce na opowiadanie tycli dziesięciu dni mniemanej wolności, zakończonych ilocHyni wyjazdem Dyk- tatora i Naczelnika siły zbrojnej za prnską granicę, i wamnkami poddania miasta postawioneini przez Collina, lak twardenii i tak obostrzonemi groż1)ą bombardowania i rabunkn, ic kiedy 2go marca od Miclialowic cwałem ■wpadli na rynek Czerkiesi, miasto widziało w nieb swoich xt)awców.

Dwudziestoletni Kalinka pierwszy raz patrzał na jakieś wypadki i grał w nieb rolę. Jakii? Znamy tylko bardzc ogólnie. Nale^.ał z i)raćmi swymi do sprzysicionycli , z u- pragnienieni czekał 20go lutego; w ich mieszkaniu jakaś iiiała garstka miała się zgromadzić i złamtąd na dane baslo {bicie dzwonów) wypaść z krzykiem „do broni," i śpieszyć do Strzeleckiego Ogrodu, gdzie miał się koncentrować jakiś niby większy oddział. Sławili się wszyscy, uzbrojeni natu- ralnie, ale hasła czekali nadarmo; w mieście byli Austryacy i nietylko w dzwony nikt nie bił, ale i zegary wieżowo były zatrzymane. Na kieszonkowych zegarkach zobaczywszy ozna- czoną godzinę (czwartą), wypadli na ulicę; warta stojąca |)od Biskupim pałacem dala ognia, nikogo nie trafiła; dopadli szczę- śliwie na swój punkt zborny do ogrodu. Tu, zamiast jakiego- kolwiek oddziału, zastali jakiegoś naczelnika, który ich po- ważnie pochwali! ie zrobili swój obowiązek, i dał rozkaz, ^eby jak byli, w kilku, poszli na Kazimierz i spalili most (iyżwowy wtedy), ieby ausiryakom przeciąć komunikacyę

z Podgórzem. Sa to jciloii z iiiJod/.ieueów (Leon Chrzauow- ski) równie dowcipnie jak słusznie zaproponował ])aiiii na- czelnikowi, iehy ich sam prowadził. Propozycya uaturalnio nie przyjęta: poczeni wszyscy, jak kto mógł, rozeszli się do domów. Tak skończyła się czynność wojskowa ks. Kalinki w r, 1846, Nie jego czynność polityczna. Austryacy wyszli, dyktatura stanęła, dziennik rządowy zaczął wycłiodzie i w swoim nUDi£rze pierwszym ogłuaił między wieloma inuemi nominacyc „Waleryana Kalinki na dyrektora kan- celaryi rządowej." ISył więc w służbie cywilnej, za- pewne i dyplomatycznej in spe, a nominacya jego, ogłuszona zaraz pod nominacyą Karola Uogawskiegu na pierwsze^^o, a Edwarda Dembowskiego nu drugiego sekretarza dyktatora, naprowadza na domysł, że musiał być figurą niemałą w tym improwizowanym rządzie. Czy nie on był tym bezimiennym redaktorem Dziennika Rządowego f Może już wtedy znano w nim zdolność piaania? może mu (o zadanie zwierzono? W każdym razie nnmer czwarty Dziennika zaczyna się od dwócli artykułów: jeden zaręcza, że Moskale już uciekają, q{ioć jeszcze nie widzą naezycb chorągiewek, a król pruski myśli tylko o tern, jak uniknąć rcwoincyi w Berlinie; z nami zaś Bóg i pomoc naszycli Patronów i dnchy Zygmuntów, Sobieskiego, Kościnszki... „Któż nas przy tak dzielnej po- mocy pogromić zdoła?" Litery K. K. zgadzają się z imie- niem i nazwiskiem Kazimierza Kalinki. Drugi artykuł pod- pisany jest literami W. K. Czy może być, żeby człowiek co był takim pisarzem, zdobył się na zdanie najirzykład takiet „ten błogi dzień napawa nas tchem rajskim, ideałem szczę- „ścia, o jakim się tylko poetom kiedykolwiek marzyło, zrze- „czywistnionem umidłem najlotniejszej fantazyi filantropa?" Chyba rzecz niepodobna, żeby to Kalinka był pisa! ! Przecież te litery, jego stanowisko w tym rządzie, nie pozwalają wprost odepchnąć pytania, czy przypadkiem nie mamy tu do czynienia z pierwszą próbą pióra pó*.nieJ8zego redaktora Wiadomości Polskich, autora Czteroletniego Sejmu? Artyknl I, pełen gorącej zachęty do boju a wiary w niezwycięioiią

fiilę powstania, koitczy się twierdzeń ieui, że „dnień 21 lutego „otworzył epokę, od której zaczynać się będzie nowa era, „era liraterstwa ludów a śmierci carów."

Ku |)riiskiej granicy, za śladem i przykładem swoich zwierzchników, zmierzał i Kalinka na emigracyę. Aresztowany w Bieruniu, łatwo i prędko wypnszczoiiy, doslal się do Wro- cławia, a /tamtąd dalej, do Brukselli.

Dwa lata trwała ta jego pierwsza emigracya, o której tyle tylko wiemy, że znajomość z Lelewelem zostawiła mu wrażenie raczej niemile, i że tam zawiązały się przyjazne stosnuki z lir. Wincentym Tyszkiewiczem, którego życio- rys później napisał przez wdzięczne dla niego wspomnie- ide, a ten życiorys znowu dal powód do jednego z naj- piękniejszycli jakie w naszej literaturze, do iycioryso Jenerała Cliłapowskiego, który poczęści na to był jiisany, liy sprostować i naprawić pomyłkę, jakiej się względem Jenerała w oweni piśmie o Tyszkiewiczu dopuścił. Naj- więcej przestawał /. Lneyaucm Siemieńskim, przez któ- rego znowu poznał się ze Skrzyneckim i jego rodziną. Właśnie u Skrzyneckiego, w samą Wielkanoc, ua świtj- concm, dostali oba z Siemieńskim od poselstwa anstrya- ckiego wiadomość, że mają pozwolenie powrotn. Wybrali się też zaraz i razem do Krakowa przyjechali, a traeci Jechał w tymsaniyni wagonie, zabawny iii diesem Bundę der driite, Bakunin!

Z jakiem ucznciem wracał do rodzinnego Krakowa z wiosną roku 1848? Z radością i utęsknieniem do rodziny, do przyjaciół, do miejsc ulubionych, a naturaluie i z tem 'złudzeniem, które ogarnęło wtedy nietylko młodych. Pierwsze chwile tych wypadków wydawały się i witały jak Jutrzenka swobody"; za nią miało iść „zbawienia słońce." Kalinka nie opisał nigdzie co wtedy czuł i myślał, ale ze sposobu, w jaki mówi o tych dniach w późniejszej książce Galicya i Kraków, widać, że wypuszczenie więiniów, powrót emi- grantów, depntacye ■/, żądaniami kraju do Wiednia, że to wszystko wydawało mu się zadatkiem i początkiem szezę-

ścia. Znai: takie (kiedy mówi o liombanlowaniu na przykład) całą Dienawiśti do rządów ob^ycli, a przede w 8?.ygtkieni do aaatryKckiego. Pierwszy raz wtedy ten krakowiak widiciał swoje miasto pod aiistryackim rządem, pierwsuy raz widział jego organa, Jee:o wojsko po r. 184G. Wstrząńnienie musiało być Biloe i bolesne, a równocześnie mnaiulo się zaeząi^ inue; moie nie doraźne wstrząśnienie, tylko stopniowe jirzeji-zenie, ale bolesna zawsze przemiana. Wiosnę rokn 1848 witali lu- dzie z rozkosznem, łatwowieniem złudzeniem; w jesieni zo- stawali odarci ze złudzeń, a bogatsi w doświłtdozenie. Nic polskie tylko sprawy i smutki, poznańskie utarczki, bombar- dowanie Krakowa i Lwowa, przyniosły rozczarowanie a sprowadziły (u myślących) wejście w siebie, ale kształt i kierunek, jaki wypadki te przyjęły w całej Enropie. Eewo- lucya francuska była już daleko, z żyjących nikt jej prawie nie pamiętał i na sobie nie doświadczył; z książek i opo- wiadań wiedziano o terroryzmie i anarcliii, ale to zdawało się tcoryą i niepowrotną przeszłością, a od upadku Napo- leona utrzymywała się w Europie w Polsce przynajmniej wiara, że rewolutya to sprawiedliwość i wolność, i na to tylko jest czy będzie, żeby te przywrócić i utwierdzić; wie- rzyło się w jakąś ostatnią szlachetną i rycerską walkę, a po niej wszystko co złe będzie zwyeięione, i łCrólestwo Boże na ziemi zrobi się samo. Rok 184S przyponjniał i pokazał, że w praktyce jest inaczej : że ideał wolności i sprawiedli- wości o którjni się w rewolucyacli mówi, doznaje od nich takiegosatue^o zaprzeczenia, jak od rządów najbardziej des- potycznych, z dodatkiem jeszcze zaprzeczenia i rozprzężenia wszystkich społecznych stosunków i związków. Zaczęło się pod koniec tego roku coraz powszecimiejsze wytrzeźwienie: rewolneya zostawała celem i siłą dla siebie, z licznym zawsze orszakiem swoich fanatyków i niewolników; ale kto nie byt zaślepionym fanatykiem albo zaprzysiężonym niewolnikiem, ten jej wtedy wiarę i służbę wypowiedział, bo się przeko- nał,-że jest takasania, tylko jeszcze trochę zupełniej bez- prawna, jak Katarzyna i Fryderyk. Co myślał Kalinka, jak

eię tec proces wstraąśnienia w jego duszy odbywał? :śladó\v niema; niektórzy mówią, że on jest autorem malej bistoryi polskiej dla Indu pod tytułem Jakt} była dawiiifj Polska napisał Włościanin z nad Wi»lt/. Jeżeli prawda, to hylabyto jedyna jego książeczka z r, 184^, ale w tej uczywińirie śla- dów jego przejść i przemian byó nie mogło. Że jednak rok ten wywarł na nim wrażenie silne, a zarazem że zobaczony nanowo Kraków wywarł na nim wrażenie przykre, dowodzi bezimienne jego pisemko, wydane w Poznaniu u Wcijkow- skiego w r. 1850, pisane w ciągli roku 1849, Listy o Kra- kowie przez Pcelawskiego.

Kto znal Kalinkę, cboćby nie księdzem, ale tyłko star- szym i wytrawnym, wyrozumiałym zawsze i spokojnym, ła- godnym w słowach, uprzejmym w obejściu, tak, że go cza sem o przesadną grzoezaość i udaną pokorę posądzano, temti trudno wyobrazić sobie Kalinkę młodym, a do tego poryw- czym, namiętnym, trudnym do pohamowania. Młodym jednak był, a w głowie pałiło się uietylko politycznie, roiły się różne marzenia i pragnienia. W jego Listach z Wystawy londyńskiej zostały tego niejakie słady, naprzykład kiedy opisując jakąś grupę Franceski z Rimini i Paola, mówi: „widno, że miłość natchnęła go czynem, który ich wiedzie „dn nieba" który czyn wiedzie ich do nie.ba, romans czy samobójstwo? Ten czczy frazes, z którego późniejszy Ka- linka byłby się nietylko śmiał ale gorszył, dowodzi, że byl w tych czasach bardzo jeszcze młody i niedowarzony. A że byt gwałtowny do namiętności i niesprawiedliwości, dowodzą te Listy.

O zastoju, martwości, letargu, zgrzybiałości i tak dalej, biednego Krakowa mówiono tak wiele, że się w końcu znudziło i urwało. Prawdy było w tem coś, więcej złośliwo- ści, najwięcej może bezwiednej przyjemności ukazania się w oczach własnych i cudzych lepszym i wyższym od dru- giego. Czy zawsze ze sfuszuem prawem? inne pytanie. To pewna, że o tej ospałości Krakowa nikt nigdy tak dużo, tak gwaltowniCj i może nikt tak niesprawiedliwie nie- mówił, jak

tlioka pod imieniem Pęcławskiego. Zuau wru^enie, jakie rodzinne miasto zrobiło po dwócb latach niewidzenia, idy przeszła pierwsza chwila radości, mnsiało być przykre, ^ikie. Tu miałaby liyć miłość ojczyzny najgorętsza, pa- lec Jej najrzewniejsza, słiiiba najgorliwsza; kto tu żyje, ialby byó mędrszy i lepszy od innycb, miałby dla nieb j^6 wzorem, skoro spędza całe iycie między Zanikiem a kop- 1 Kościuszki: a tymczasem zamiast przeszłość rozpamię- ffać a przyszłość wypracowywać, ci ludzie grzęzną w naj- łj^niejazem, najpowszedniejszem, małomiasteczkowem, próż- iczem iyciii z dnia ua dzieu, między śniadiiutem w handlu rzennym a partyą wista; i zawsze tosamo, dziś jak jutro, ) jak wczoraj, i cói, będzie dalej je^.eli tak zostanie! I Szyna się filippika w dwudziestu listach, niby przez War- iftwiaka jakiegoś pisanych. W pierwszych gorace narze- loia tylko; na samym początku przyrównanie Krakowa do mba Św. w Jerozolimie, do którego poboiny pielgrzym i^eszy z bijącem, utęsknionem sercem, a zastaje w nim toto i śmieci zamiast lamp i kadzielnic, zamiast modlących się ludzi śpiące bydło. W tym rodzaju trzy pienvsze listy, w następnych po kolei różne strony krakowskiego życia. Od zajazdów do kościołów i od polilyki do plotek, robi się re- jesti' krakowskich grzechów-, którego summa okazuje, że w ca- lem mieście niema nic dobrego i nie polskiego. Mężczyźni „polityczne darmozjazdy, apostołowie egoizmu, nietoperze, które się gniewają, że za orły nikt icłi brać nie chce"; ko- biety? kobiet niema; „widziałem brudne gospodynie, maniki, „kucharki, nudne literatki, nadoiejszc patryotk! i demokratki, „dewotki i bajezarki, ale kobiety nie widziałem." Wycho- wanie chłopców jak dziewcząt głupie i niedbałe, młodzież bez duszy i myśli; nauczyciele?.., ci dopiero najgorsi. Następuje przegląd wszystkich po kolei wydziałów, a w nich wszystkich profesorów uniwersytetu, którycb dziełem i grzechem jest nicość tego miasta, bezduszność tego pokolenia.

Aator w zapale nie spostrzega się, jak się sai bie sprzeciwia ; na liście osltarżonycli bowiem jest wiele imion, które wymienia nietylko z nezanowaniem , ale z g:o- rącemi pochwałami (Kzesińaki , Helcel, I3rodowioz, Majer, Czerwiakowaki , Zeiszner, Kremer, Kuczyński, Muczkowski I (jako profesor, bu jako bibliotekarz owszem niemiłosiernie I jest wyśmiany, za szorstkość i popędliwość clownie) je:^elta ci byli tyle warci ile antor mówi, to jnż całość nie mogła: być tak nic nie warta, jak on opianje.

Listy paszkwilem niezaprzeczenie , i paszkwile bardzo niesprawiedliwym. Ks. Kalinka, który się śmiał jakj go było nazywać „szefem kancelaryi dyktatora," nie lubił tl wstydził się wspomnienia Pęclawskiego. Tego nie biorącj wcale w obronę, trzeba tylko /.wrócić w nim uwagę na trzyJ rzeczy : Jedna jest ta, że oburzenia niesłuszne i przesadne, J ale slnszne i nieprzesadzone ^dania, ideał, z jakin młody autor porównywa rzeczywistość, z któregoto porówna-j nia wynika jego gniew. Powtóre, ie nawet kiedy w obnrze-j nin miarę przebiera, to mówi w interesie nauki i młodzieży,] i ten interes widzi dobrze; wreszcie, że jego obnrzenie często* deklamaeyjne, bywa iii-zeeież cliwilami prawdziwie wymów a w ironii świetne (naprzykład ustęp o powołaniu Pola katedrę geografii). Wreszcie, że ten młodzieniec nie nie widzi tak dobrze i na nic nie oburza się tak gorąco, jak na mai^ ność i nierzetelność polityki kawiarnianej , brukowej i bowej, i tej demokracyi, której istotą i duszą jest zazdrościł To jest nabytek roku 1848, z jego lekeyi wyniesiona tal nauka. A kiedy jej nabył, nic dziwnego, że autor Listowi chcąc radzić i działać przeciw biernej ospałości jednych a 4 „ciemnej demokracyi" drugich, młodzieniec chwilowo pracu-1 jacy przy Bibliotece Jagiellońskiej jako amanuenais, wstąpiła do redakcji Czasu.

Kto w ogóle widzieć byt zdolny i raial widzieć, rok 1848 musiał otworzyć oczy i nauczyć go, że przemocd^l najgorsze mechanicznie gnębią i tępią narody, ale rewolu chemicznie rozkładają społeczeństwa; jedno można przetrzy-j

mać i zachować silę i zdolność życia, drugie musi żabie tego kto mu się podda i opierać uie próbuje. Miody czło- wiek, ktńry 3ię ])rzylączyl do szeregu ludzi rozpoczynających takie właśnie działanie, rozumiał oczywiście, ie zadaniem i obowiązkiem głównym względem sprawy polskiej, jest ubez- pieczyć, ratować, rozwinąć Ie warunki społecznego bytu i społecznego lądu, jakie jeszcze są, wytwarzać te których nie było. Jakim sposobem Kalinka wszedł do Czasu? kto go tam wprowadził? kto w mlodzieńcu tak niedawno jeszcze naiwnie zagorzałym rozpoznał polityczną i pisarską zdolność, czystość sumienia, pewność cbiiraktern, i uznał go godnym ■wi:iry i ufności? kiedy właściwie Kalinka wszedł do Czasu? wszystko to pytania, na które, parę miesięey temu odpo- wie- l^ia jessene irajłatwiejaxit w świecie; a dziś, kiedy po Mannie i Szukiewiczn, on ostatni uljyl, p. Pawet Popiel zaś dokładnie sobie tej chwili nie przypomina, staje się już trudną. Równie trudno w braku tych śniudków oznaczyć i -^Yskazuć choćby parę tylko ważniejszych artykułów jego jtióra. To jednu można twierdzić napcwno, że w tem żywem i ezynnem zajęciu wszystkiemi kwestyami krajowemi jakiej- kolwiek natury (podatki, służebności, indemnizaeya, urzą- dzenia gminne, sądownictwo, szkoły wszelkiego stopnia itd.) rozbierunemi w Czasin z niezmierną pilnością, znajomo- ścią rzeczy, rozumem i taktem, musiała Iiyć także i Ka- linki zasługa, że mu:jiał już tam do redakcyi przynieść dwa nieocenione i charakterystyczne swoje przymioty: pracowitość niesłychaną, i dar dostrzeżenia i wskazania zawsze tego, co było potrzebne do zrobienia lub napisania. W niemożności oznaczenia napewno artykułów jego pióra w pierwszych la- lach Czasu , na domysł ale śmiało pozwalamy sobie jemu przypisać naprzyktad szereg artykułów o uniwersytecie kra- kowskim (z pierwszych miesięcy rokn 1851). Styl, układ, charakter praktyczny i realny tych artykułów, systematyczne i statystyczne uzasadnienie wszelkiego twierdzenia lub żą- dania, to wszystko tak przypomina późniejszy sposób rozu- piowania i pisania Kalinki, że nie wahamy się uważać go

za autora tej pracy znaczącej, w której Kądaiii.i równie słuszne jak stanowcze (powiększenia licuby katedr, jiowola- nia więcej i zdoJuycli profesorów itd.), krytyka opuszezei'! i zaniedbań ze strony rządu ostra, a uniwersytetu samego ostrożna i w mierze trzymana.

Pierwsza wystawa powszecbua w Londynie, jak była podobno ze wszystkich dotąd najmniejsza ale najpiękniejsza^ tak naturalnie jako pierwsza od stworzenia świata budziła najwięcej ciekawości, zajęcia i nadziei. Wydawała się i ona oznaką, zapowiedzią jakiejś ery nowej pokoju . zgody, usza- nowania dla praw cudzych, i przymierza Francyi z Anglią, które wyobrażano sobie jako tej zmiany szczęśliwej podsta- wę i środek. Czas sądził, że dla obowiązku i dla liononi winien mieć na wystawie swego sprawozdawcę, i Kaliuka pojediuł do Loudynu. Od końca kwietnia do polowy czerwca, napisał ztamtąd listów dwadzieścia pięć; wystawę opisywał: jak mógł najdokładniej, starannie a żywo i zajmująco, ule co w tycli listacti ciekawsze od opisów, to jego usposobienie, jego sposób patrzenia na rzeczy. Zmysł praktyczny nie opuszcza go nigdy: naprzód chce wiedzieć, jak ta wystawa jest norganizowana i rozłożona; potem, clioć na wszystko patrzy, najszerzej zdaje sprawę z tego, co u nas mogłoby się przydać. Gospodarzem nie jest wcale, jednak rozpisuje się najbardziej o nowych pługach i maszynach rolniczychj Phillippsa przyrząd do gaszenia ognia opisuje i poleca teni goręcej, że to tak świeżo po strasznym pożarze lirakowa; ale oprócz wystawy opisuje ochronki i domy poprawy, pral- nie i łaźnie dla ubogich; impouuje mn w Anglii bogactwo i tii cywilizacya materyalna, posunięta tak wysoko, że działa nit stronę moralną; tej zazdrości, chciałby przenieść do Polski, a przynajmniej choć cokolwiek, co się da, elioć najmniej jeżeli się dać może, naśladować i stosować. Zabawnie jest czy- tać różne wtrącone mimochodem na cześć pici pięknej komple- menta; ciekawe zaś w Liście XVI uwagi, w których szuka ró- żnicy i granicy między sztuką a estetycznym praemysłem i stara sieją oltreślić. Rzadka to rzecz, żeby on o takich matę-

ryach nniwil, bo i pociągu i (prawdę mówiąc) zmysłu inial dla, nich oiewiele. najciekawsza przecie i iiajbardziej charakte- rystyczna jest tendeucya, myśl, w jakiej on te Listy pisze. Gdzie na, tej wystawie całego świata jest Polska? co na niej polskiego? co z niej Polska wyciągnąć moie, jeżeli nie jako korzyść, to przynajmuiej jako wskazówkę, pobndkę, naukę? Myśl ta odzywająca się bezustanku, występuje najwyraźniej w początku ostatniego Listu. Jak nieraz politycy polscy clicieli nas wciągnąć w wielkie międzynarodowe sprawy i układy, tak on cbcialby przynajmniej widzieć nas naleiącycli <lo spraw ekonomicznych, znaczących w hundlu i przemyśle Europy; za tern poszłoby moie coś więcej.

„Ztąd i zowąd słyszę, że dziewiąty cnd świata, najwię- kszy jaki dotąd zbudowano i tyle w sobie mieszczący cudów, poczyna zwabiać do siebie ziomków moicti z odległych stron. Daj Hoże, aby ich juk najwięcej przybyło; mogę im zarę- czyć, że coś równie wielkiego nie prędko zobaczą. Na tćra polu, gdzie wszystkie narody przyniosły owoc swej pracy, myśmy niemieli nic do pókazaóia. Z Poznańskiego niema prawie nic. Królestwo Polskie pomieszane z wystawą rossyj- ską, niema właściwego charakteru, ani całości w tem co przy- słało; z Galicyi niewidzialem nic nic zupełnie! Przyjdzie kiedyś dziejopis, przejrzy katalog wystawy powszechnćj i powić : Polaków niebyło wtedy na świecie. Bo nas niema łam, gdzie narody zdają examen ze swćj cy wilizaeyi ; zatraci- liśmy nić łączącą nas z Europą my, których ojcowie two- rząc granicę clirześciaCiskiego świata, tak wielkie około cy- wilizacyi europejskiój położyli zasługi.

Więc przynajmniej, kiedy pierwsza polowa wieku XIX przeszła pomiędzy nami, jako przechodzi wiatr, który obala a nic nie stawia; kiedy z tćj siejhy bogatój, która całą Eu- ropę zazieleniła, do nas jedno ziareczko nieprzyszło, więc |irzynajmniej śpieszmy tam, gdzie przed nami leży encyklo- pedya przemysłu ludzkiego; śpieszmy tam zkąd tryska źródło myśli, które wkrótce inną światu tizyonomię nadadzą, zasiądź- my do tćj powszechna wieczerzy, do której choć nie da-

liśniy ani jednej misy, wolny mamy prKystcji. Niema jedne- go obszaru umiejętności, ni<?ma jednaj sfery iycia ludzkiegn, na którędy wystawa powszechna nic wywarła ogromnegi> wplywn; więc z tśj kazalnicy poslępci, zkąd duch Indzki rozlewa liło^osławicństwa, niech i na nas spadnie jedna kropla. Nią podniesieni, porównani z resztą stworzenia, wra- cajmy i zasiądźmy do warsztatu. Spaliśmy iłingo; czns się obudzić i pracować, bo historya zna takie sny, z których narody nie budzą się, chyba ocknione trąbą archanioła w osta- tnim dniu świata. Tak usnęli Etruskowie, tak usnęła stara Grecya, i nam się na taki sen zabiera".

W czerwcu roku 1851 wrócił Kalinka do Krakowa; we wrześniu (podczas pierwszego pobytu cesarza) byl tu jeszcze. Napisal właśnie z okazyi tego przyjazdu artykuł, na który odpowiedzialny redalctor, p. Paweł Popiel, zgodzić się nie chciał, uważając go za zbyt nieprzyjazny. Artykuł p. Popiela znowu wydał się innym redaktorom do zbytku lojalnym, a* przyszło do małego nieporozumienia w redakcyi. Ówczesny staii kraju pod policyjnemi rządami dręczył i gniewał Kalinkę niewymownie. P. Popiel świadczy, że powtarzał nieraz: „ałb« ,.mHSzę wyjeżdżać, albo zacznę konspirować nanowo." Więc „wyjeżdżaj," odpowiadał p. Popiel, i podejmował się wyrobić pasport, co wtedy nie było latwem. Jako ecl po- dróży stawiano w tych rozmowach Hiszpanię, rozpoznanie archiwów w Simnncas, a przez to rozjaśnienie wiehi spraw polskich, zwłaszcza polityki Zygmunta III. Ale zamiast tego nastąpił wyjazd nagły, nie do Hiszpanii i nie za pasportem. Jaki był jego bezpośredni powód? W każdym razie musiał się do niego przyczynić ten stan rozdrażnienia, w którym był Kalinka weding świadectwa p. Popiela. Że w tycli la- tach żadnych spisków, ani nawet mowy o spiskach nie było, my doskonale wiemy. Że jednak rząd ówczesny Bacha i Kempena albo je przypuszczał, albo potrzebował udawać, dowodzi najlepiej uwięzienie Adama Potockiego, ho jeżeli kto, to ten z pewnością nie konspirowat. Bywały rewizye, spadła jedna niespodzianie i na Kalinkę. Czego u niego szukano, o

23

jakie związki go posądzano? nie mówił, a może i sam nie wiedział. Dość, że mając przed oczyma przykłady więzień i procesów i bardzo groźnych, z obawy, żeby i na niego coś podobnego nie spadło, wolał nie czekać. Wyjecliał za granicę na drugą, tym razem dłuższą emigracyę. Skończyły się lata pierwszej młodości i nauki, zaczęły się lata wędrówki.

w eniigracyi nie działo się w owych lataeb nic. To- warzystwo li cuLokrji tyczne |io swoich powodzeniach z roka ^S4G i I84.S, musiało natnnilnie stracić clioć trncUę na ' kredycie i \v]ilywie; inoie i samo czuło, ie mu jakoń nie przystało \vysnłvać się nuprzrtd. Mierosławski l)yl zawsze jego wielkim jenerałem, pomimo swoich wieikopolskich i ba- (tcńskich kiimpani.j, i zapewne nkladał jakieś polityczne i Btrategiczne konibinacye, ale szerezej i śmielszej propagandy nie było. Książę Adam, i ta część emigracyi ktńra się jego trzymała, musiełi także zachowywać się bezczynnie, i czekać jak się obróci, co z siebie wyda ten stan niepewności i prze- silenia, w jakim lijła Francya, Właśnie druga republika przez prezydencyę ks. Ludwika Napoleona (niby drugi konsuIat\ dochodziła do drugiego cesarstwa. Przedmiotem uwagi i za- jęcia dla nich była ta. nowa warstwa emigracyi, która weszła ilo Tureyi jjo wojnie węgierskiej , a o ilełiy w Turcyi zo- stała, mogła stać się ogniskiem pfilskiego wpływu i środkiem polskich działań, w razie jakiej wojny na wschodzie może zawiązkiem polskiej formacyi. Po wypadkach rokn 1848 było naturalnie i w tej polowie emigracyi rozczarowanie i przy- Licie, a po wojnie węgierskiej, choć nie było w niej niepo- roznmicnia, to bji pewien żal do siebie z różnicy zdai'i wy- nikający. Jak wiadomo, p. Zamoyski odradzał do ostatka i opierał się wszełkiemi siłami nczcstnictwu l'olaków w woj-

nie [irzeciw Aiistryi : iuni mniemali, że wszystkie niepodleg- łości i wszystltie i)ow8taniii mają jedną natnrc i jedną Bprawę, i temu zdaniu, a jeszcze więcej uczuciu podówczas powezech- neniu w Polsce uległ Its. Adam, liiedy od tej wojny lilaków nie wstrzymywał, owszem, do niej zachcfał,

Ale clioii eliwilowo nie czynna, a przynajmniej mało tzynna, miała emigracya zawsze u Polał;ów (i u ciidzoKiem- ców także) stanowisko, powagę, i rolę zagranicznej reprezen- tacyi Polaki. Ona jak z myślą, z tym zamiarem wyszła, tak istotnie do roku 1863 była uważana w całej Europie jako żywa protestacya, wniesiona przed trybunał prawa na- rodów w imię praw Polski. Była Francyi lub Anglii nieraz niedogodna, była solą w oka państwom rozbiorowym, niera/. sama |)u3tępowata niezręcznie lab niemądrze i sprawę swoj^ psuła, ale ten charakter i to znaczenie widzieli w niej | wszyscy, nikt ieh nie przeczył i nikt się nie dziwił. Mtod- szeuia pokoleniu wyda się to może trndnem do pojęcia i do awierzenia, a jednak tak było. Czasy to nie zbyt dawne, ało świat był inny. Ówczesny miał w sumienia swojem jakąś świadomość prawa narodiiw i jakieś jego poszanowanie : sprawa zwyciężona nie traciła wszelkich praw dlatego, że była zwyciężoną, fakt nie stawał się prawem dlatego że byl dokonanym: l)yl gTvałtem, którego odwołanie i odrobienie było jeżeli nie interesem wszystkich, to w każdym razie pra- wem niektóiych. Kiedy na porządku dziennym europejskiej polityki stała jaka sprawa, pytano jednak, która w niej strona ma za sobą słuszność i prawo, a wstyd i honor nie pozwalały bezczelnie, cynicznie stawać po ulej stronie, choćby do niej ciągnął interes. Uosya była w pokoju ze wszystkiemi, ale w zupełuem porozumieniu z żadnem z państw zacLodnicłi od r. 1815 a sympatyę z całej Europy znajdowała tylko' w Prusach ; gdzieindziej miaia tylko małą liczbę łatwowier- nych lub (różnemi sposobami) ujętych podehlebców.

W takim stanie publicznego sumienia w Europie, nie- dziw, że emigracya mogła liyć i mieć się za potrzebną, i nieraz istotnie mieć widoki powodzenia, i w skutku

tego wszysikiego ^ miei: poivnj;ę, \rp!yw i xn!iczenic w kraju.

Kiedy Kuliiikn nic mógł (hib mniemał ic nie może) zostać pud rządem .austrynckiiii, prosta rzecz, i.e udał eię do Paryia, stolicy świata i emigracyi. Do której połowy erai- gracyi miał się przyznać i przyłączyć? Tego pytania ani wałiania być nie mogło. Już l^ęcławski zbyt wyrainie wska- zywał rewolucyjną deniokracyę jako główny powód ostatnicli nieszczęść narodn, a okiizywal i iiez tego powodu głęboki do niej wstręt; redaktor Czasu oczywiście niiisiiit się w tych pojęciacli i uczuciach silniej jeszcze utwierdnić. Na slronc Towarzystwa demokratycznego i ludzi ciioćby najdalej i naj- Iżej z nieni zlączonycłi, na stronę spiskujących i szukająeycli oparcia w rewolucyi eumpejskiej jakiegokolwiek kształtu i pozoru, włoskiego, francuskiego, węgierskiego czy rosyjskiego, Kalinka prtjse nie mógł. Musiał pójść tam , gdzie widoki wojny o niepodległość l)yły rozumuiejsze, łio oparte o wi- doki wojny wielkich mocarstw z Rosyą, gdzie przyszła. Pol- aka, gdyby do niej przyjść miało, była rozumiana jako pań- stwo i jako społeczeństwo, z nałeżycie pojętemi warunkami obojga, potrzebnemi do bytu, gdzie do tego celu zmierzało eię nie drogą anarchii, ale regularnej wojny; nie przez kon- spiracye i lajuc rządy, ale przez otwarte międzynarodowo działanie regularnych rządów, reprezentujących cywilizowano i chrzęści ańskie społeczeństwo.

Najbliżsi towarzysze i przyjaciele późniejsi nie wiedzą dokładnie, co on robił w [tierwszych czasach swojego pobytu w Paryżu: z kim zapoznał się naprzód? z kim uujwięcej przestawał? Domyślają się, że skoro Lndwik Królikowski uwalał swoją księg:arnię niejako za biuro informacyjne dla. Polaków, i każdy przejezdny a pozbawiony znajomości i sto- I snnków tam się naprzód ndawał, więc i Kalinka musiał zro-

bić taksanio. Ale kogo szukał? do kogo miał pociąg? W każ- dym razie jego trwałe i znaczące przyjaźni nie zawarły się odrazu. Spotykał się niekiedy z Wrotnowskim albo z Klaczką,

Kiem Kaplińekim albo Ludwikiem Kastorym , ale zna-

jonjoaci te były dalekie, bez wzajemnego pociągu. Owswm, Kalinkii nie podobał się zrazri swoim późniejszym towarzy- szom. Klaczko (podówczas urzędnik prz^y Bibliotece Ceaar- Hkiej), widzia! go raz pierwszy na jiikiemś zebraniu lite- ( rackiem u Jana Dziaiyi'iskiego, i odniósł także wrażenie 1 raczej odstręczające. Świadczy on, że Już przez to byli- j wszyscy względem Kalinki usposobieni nieufnie i podejrzliwie' że itył współpracownikiem Cznau, a Czas w ich oczaeli byl j haniebnie reakcyjny. Do tego raził ich Kalinka swojeut po- dziwieuiem dla Anglii, dla l>ogactwa, handlu, przemysłu, fa- bryk, na co wszystko oni patrzali z wielką pogardą, ceniąc ( w narodach tylko d u c ha , i mniemając , ie duch sam sobie da radę bez licłiej podlej nmteiyi. Nie mogli Kalinki łekce- ważyć, bo jego Lhty z Londynu kazały go uważać za ro- zumnego, zdolnego człowieka, ale nie czuli do niego najmniej- «zego pociągu. Napró?,no Januszkiewicz ze swoim trafnym sądem i doskonałem sercem starał się pocitjg taki obudzić i rozdmuchać; sympatyi, jaką sam jnż wtedy miał do Ka- linki, nie zdołał przelać w drugich. I z tego wynika, że nie bardzo troszcząc się wówczas o to co on robił, dziS nie mogą ' sobie dokładnie przypomnieć. To pamiętają, że w początkach swego iiobytu w Paryża jeździł do Hollandyi i tam z archi- wum w Hadze robił wypisy, na których poczęśei o])ierałs i się jego ptlżniejsza rozprawa: Negocyacye ze Sztcecyą o pO' kńj 1651—1053. (Przyczynek do historyi wojen szwedzkich). Szacunek, zaufanie, przyjaźń wreszcie z towarzyszami lat dalszych, wszystko to rzeczy późniejsze. Na początku, co zwróciło na Kalinkę uwagę ludzi myślących na emigracyi i dało go poznać jako człowieka którego wypadało cenić wysoko, to pierwsza jego większa praca, pierwsza książka, bezimiennie wydana, Galkya i Kraków pod jianoicaniem <iustryackiem. Paryż 1853 ').

') Niedawno zdarzyło mi się słyszeć, jakoby ta książka nie była i dziełem Kalinki, a przynajmniej nie w zupełności; że przy- n.ijmniej niektóre jej części i bardzo ważne, pisane bytyprzes'| innych. Mianowicie cały rozdział o slomnhu iioddarictyn |

Jestto uajstraszniejsKC ze wszystkich oskarżenie rządów "aostryaekicb od roku 1772 do 1850, tem straszniejsze, że be?, wykrzykników, bez retoryki, napozór nawet bez obarze- flia i nienawiści, proste historyczne opowiadanie wszystkich tego rządu urządzeń i rozporządzeń w Oalicyi, które wszyst- kie jedne po drngicli albo wprost na jej szkodę wymie- rzone, albo przynajmniej wstrzymują to, eo jej służyć i po- magać mogło. I to we wszystkiem; w wychowaniu i w ko- ściele, w sprawiedliwości i w zaniożnośoi, w stosunkach, spo- łecznych - wszędzie. Niektói-zy mówią, że Kalinka jest w tej książce stronniczym i niesprawiedliwym, że przesadza, że zaraz w stosunkach poddańczych rządy ówczesne troskli- wie brały w opiekę dawnego pana, jego prawo i jego inte- res. Tylko troskliwiej od niego samego brały do serca jego interes pozorny, a mniej niż on interes kraju i społeczeń- stwa. Gdyby ten byty miały na oku, byłyby jak ten dawny pan kilka razy chciat i prosił, pozwoliły nregnlować stosu- nek pańszczyźniany, ale tego rządy nie pozwoliły. Prawda, że z tem rok 1846 byłby o wiele trndniejszyra. Być może, że niedołdadności potrzebujące jakich sprostowań i po- prawek, ale darmo: to jest historya wewnętrznego stanu Ga- licyi, a że przytem jest historya wielu niegodziwości i nie- dorzeczności, ua nicby się nie zdało przeczyć i nkrywać, jak

miałby być pióra Juwenaia Buczkowskiego ; Kalinka nawet nie m(}gt (mówią) znać tak doskonale ' wszystkich patentów i instrukcyi, ani całej manipulacji administiacyjnej i są- dowej. To mógł napisać tylko człowiek, który te rzeczy znal z praktyki, urzędnik i bardzo biegły prawnik. Twier- dzenia tego z ust poważnych i wiarogodnycli nie mogę lekceważyć, wszelako mtiazĘ przeciw niemu stanowczo wy- stąpić, a to przez wzgląd, że 1) przez lat przeszło trzydzieści książka przyitisywana była Kalince ; ie 2) on sam nigdy prze- ciw temu nie protestował, nie było zaś w jego charakterze , ani w jego zwyczajaeli zostawiać ludzi w bl^'dzie , zwłaszcza na swoją korzyść a z ujmą dia drngicłi 3. Że wszyscy któ- rzy go podówczas w Paryżu znali , świadczą go na własne oczy piszącym widzieli.

tiietiia takie i-o prueczyi; ani ukrywać, że aiilor nienawidzi tego rządu {dioć tego nigdzie nie mówi), uwa^.a go za naj- |irzewrotnieJ8zy riioie, a zarazem najbojailiwszy i Uiijniniej zdolny rządzić ze wszystkich trzech rozbiorowych, a przex to wszystko odbija wiernie to usjiosobienie powszechne, które jiamiętEiiny wszyscy, a które wyrałalu się często słowami Już chyba Moskale lepsi." JJieiylko uie należy ukrywać, ale owszem, dobrze jest wyraźnie takie rzeczy przypoininać, bo I)rzy])oiiiDienie to prowadzi do porównania tego co było, z tem, co jest. Nie przeszło lat trzydzieści, a autor tej książki, która jest n aj straszniej s ze m oskarżeniem Austryi, nietylko osiadał w tejsainej Galicyi ze swoim zakonem, ale z pozwoleniem i pod opieką Cesarza Austryaekiego otwiera! w niej zakfad wychowawczy, u Cesarza znajdował pomoc i wsparcie dla zakladn, zautiinie dla siebie. Mało kto zapewne, prócz P(ri»- ków, wiedział o ka. Kalince i zuul aię lui jego wartości ; - jde po jego śmierci Cesarz Auatrya«ki kiedy którego z Pola- ków widział, powtarz^ prawic każdemu, że śmierć uważa /a wielką stratę 1 że nad nią bardzo ubolewa.

Jako pisarz, dal Kalinka w tej książce nie poznać i jeszcze, ale już odgadywać zalety przyszłego autora Cztero- ' letniego tifjmu. Ten porządek, ta jasność układu i wykładu, ten zmysł praktyczny, który zawsze dojrzy, uchwyci i wskaże to, co w każdej sprawie istotne i główne; ten dar objęcia" i przedstawienia całości a uie pominięcia żadnej części; wreszcie ta gruntownośe i dokładność, która nic nie powić bez podstawy i sprawdzenia; ta rzetelna i doskonała znajo- mość ]irzedmiotn słowem te pr/ymioty, które cecbnją wiel- kiego historyka lat późniejszych, widoczne są, choć nie tak kwietne jeszcze w tej pracy, która jest napól historyczną a iiapól publicystyczną.

W pięciu rozdziałach przechodzi Kalinka po kolei lud- ność Galicyi, stosunki pOddai'icze, siły |)rodiiIvcyjne , Kościół, i sądownictwo: wszystko historycznie i statystycznie razem, na jakich prawach siało za Rzpltej , jakim szeregiem praw iinstryackicłi zostało przemifinione, jak w tej przemianie wy-

gląda: Kraków, stauowi osobny rozdział, szósty. Ziiaiomośi; i zrozumie nie uajróżnorodniejszycli gałęzi życia społecznego jest tiik rozległa i rzetelna , pntedstawienie iclt tak proste i jasne, że człowiek, któryby tak sfan kraju opisał, byłby w kraju niepodległym wzięty do ministeryum jako niezwykła polityc/.na zdolność i siła. Zmysł orgB.niQ/.ny , ten przymiot naj cel niej szy nmysłii Kalinki, okazał się tu jnf. zupełnie wy- raźnie; talent pisarski okazał się takim, jakim został do łłzieł bistorycznych, to jest ł)arilzo prawdziwym i dobrym, .ile jeszcze nie tak świetnym, jak później. S|io8Ób i zalety pisania lesame, tylko ieb stopień jeszcze uie tak wysoki. Ze szczególną uwagą czyta się rozdział o Kościele, n zwłaszcza może ustęp o Kościele unickim, z pytaniem, czy Kalinka już o tycti rzeczacb tak myśli, jak później? Co do Unii, jest już zupełnie na drodze do swoicli późniejazycli przekonań, one w zarodzie, ale takiesame. Dążność książki już tasaiua, ■co wszystkicłi pism póżniejszycb, daje się określić trzema królkiemi wyjątkami z przedmowy:

„Na ducii narodowy wymierzone gromy; w duchu .„narodowyni , w jego pełneni, poważneni, statecznem działa- „łaniu jedyny dla nas ratunek. Miłość Boga i Ojczyzny, to ^ostatnia twierdza, ostatnia przeciw wrogom ochrona."

„Droga, po której nas dotąd wiedziono, droga rewołu- „cyjna, od szalów i niecierpliwości prowadzi do znużenia i „niemocy. "

„Tylko temu, kto stoi na gruncie narodowym, daje ^Bóg wytrwałość. Bądźmy wytrwali w tej ogromnej pracy, „abyśmy odbudowanie Ojczyzny od odbudowania nas samych „poczęli."

Byłaby rzecz ciekawa i dubra, gdyby teraz, trzymając się legosaniego planu, zrołfil kto drugi taki obracljunek stanu Galicyi. Wykazałby on zapewne, że się wiele zmieniło, że niejedno logiczne następstwo ówczesrttgo stanu, wtedy niewi- doczne i nieznane, urosło i stało się wielkiem złem dzisiej- szem; wykazałby zwłaszcza zupełnie rozwinięte te niebez- uieczeńatwa stanu ekonomicznego, które wtedy były dopiero

w zarodzie. Wykazalliy w zmienionych loriiiaoh itodobnb wady w adniiniglracyi, w jej mecbaiiizniie. Ate c*/,y w kaiia dym rozdziale /, osobna nie pokazałoby się takjie jakieś do< bre, którego wtedy nie było, i czy summa tego dobrego Did mogłaby dodać pewnej otncLy? Kończy się książkę, kttirffl autor sinsznie ma prawo nazywać „wiernym obrazem," z t-d uwagą i z teni wra^teniem, 2e dziś z róitnycli stron jestedmw^ iiioie gorzej zagrożeni jak wtedy, ale że wewnątrz nas sam mycli jest więcej trafnego rozumienia izeczy, więcej woli (( stałości, i-s te przymioty dziś częstsze niż były, i te i pewne wiele Pan Bóg jedną ręką odjął, ale drugą dal wielfl warunk<!>w, którycli ówczesna przeszłość uie miała, a któM przyszłości mogą się obrócić na pożytek.

Książkę tę, wyraz swoich oburzeń na rząd austrya^iJ a owoc swojej doskonałej jaż znajomości stanu kraju, przy^ wiózł z sobą zapewne już zaczętą, ale świadkowie naoczna mówią, że pisał głównie w Paryżu, Skończył na wiosnfl roku 1852, skoro przedmowę do niej podpisał 2 czerwca i 1852, Czy niiai zamiar dopełnić co U przedmowa zdaj^ się obiecywać osobneni studyum o galicyjskiej ndrniniJ stracyi, policyi i skaHwwości? W każdym razie miała oriiH to jeszcze w jego życiu znaczenie, że posłużyła do zawaM cia jednego z najbardziej znaczących i wpływowych w teni życiu stosunków.

Władysław Zamoyski po przeczytaniu książki o Gali^ cyi nabrał dobrego wyobrażenia o zdolności jej autora; slyJ szeliśmy także, że wiedząc o wcale trudnycli stosunkiU pieniężnych Kalinki, przyszedł mu w pomoc pożyczką, udziec loną tak szlachetnie i nieznacznie, jak on to robić umia Wreszcie, że myślał o lem, jakby go używać i do siebi^ przywiązać, ale znając go mało, szukał o nim dokładny(j wiadomości. W tej niepewności udał się do wspólnych znł* jouiych, na których Bstin polegał, a którzy tamtego znal^ W Paryżu był takim poręczycielem Kalinki Eustachy Jr* nnszkiewicz, w kraju Paweł Popici. „Zasady jeszcze nieusts lone, ale prawość i honor pewne jak skała," odpisał oa.j

zapj'ttiGie. a to świadectwa moiie wiele x.awatylo na gzali ilalB7.ycti losów Kaliaki. Myślą Jenerała , przez Kalinkę cbęłnie i skwapliwie pruyjtjlą, hylo, żeby każdą część Pol- ski tak opracował i opisał, jak Galicyę I Kraków. Układ był zawarty, i do tej pracy napewne przygotowywał się Ka- linka przez rok 1853; odwróciła go w inną stionc wojna wschodnia.

W każdym razie zawiązała się znajomość /. człowie- kiem, który więcej niż każdy inny na Kalinkę wpłynął. Żadnego też Kalinka nie koclial i nie podziwiał, dla żadnego nie miał lak żywej, tak wielkiej wdzięczności. wdzięcz- ność okazać i zostawić jej ślad trwały w wiernym wizerunku człowieka którego miał za swego mistrza, było do ostatka DajulultieńB/.eni Kalinki marzeniem. „Jeżeli mi Bóg da skoń- „czyć Sfjvi Czteroletni" powtarzał zawsze „to muszę „potem cłioćby ostatek sił wydobyć, ale koniecznie napisać „Żywot Jenerała." A jeżeli zapewne szkodą jest nieodżało- waną i większa, że „Bóg nie dul niti dokoiiczyć Sejmu," to ogromna także i także nieodżałowaną jest, że tego marzenia nie ziścił. Przez niego bowiem napisany żywot Zamoyskiego, byliiy napr/.ód liistoryą eniigraeyi przez cale jej łat trzy- dzieści, liistoryą napisaną tak, jak jej jnż nikt nie napisze, bo clioć równy talent znaieść się może, to ten talent przyszły, clioćby najdoskonalszy, nie będzie naocznym świadkiem we wszystko wtiijeinniczonym, pars magna tycli spraw. Prócz tego byltiy teu żywfpt z pewnością w swoim rodzajn arcy- dziełem, klejnotem niiszej biograficznej literatury, a wreszcie byłby dokładoą łiistoryą i żywym wizerunkiem człowieka mai" znanego, pojmowanego fałszywo, a człowieka, którego pod względem politycznym nikt może nie znał lepiej jak Ka- linka.

Dla emigracyjnej demokracyi przedmiot nienawiści, ja- kiemu równego nie było dla Indzi nawet bardzo rozum - nycli i szlachetnych z drugiego ohozn, przedmiot niedowie- rzau i posądzau jako wieczny niby, a w środkach niezaw- ! przebierający konsjiinitor; cel najliczniejszy cli i najnik-

czemniejazyeli potwarzy od jeilnycti, Irwciżliwycb podej- rzeń i zastrzeżeń od drngieli ; len wreszcie , na którego właśni i najbliżsi stronnicy walili wszystkie pomyłki stron- nictwa i odpowiedzialność za jego niepowodzenia, pan Zamoy- ski, skoro Kalinka poznaó go nie da, nie będzie zapewne już nigdy prawdziwie poznanym. Źle o nim milwi nawet Mickie- wicz, cichaczem ile o nim myślało (może jeszcze myśli) wieln ; broni go jeden Zygmunt Krasiński.

„W sam dzień i cliwilę pogrzebu Miekiewic/a, na scho- „dacli Magdaleny, gdy za trumną wstępował ten, co uajzna- „komitszy wytrwałością, odwagą, wiarą i dnszy wzniosłością „z wszystkicii wygnanych naszycli, rzucił aic nań z tylu Ja- „żwiński kapitan i dopuścił się świętokradztwa narodowego ^nn tym obcbodzie narodowym, śmiał bezbożną i bezecną ręką „uzbrojoną w pałkę, dwa razy z wszystkiej siły uderzyć go „w plecy. Odwrócił się spokojny, jak zawsze, i tylekroć wśtód „bojów najkrwawszycb spokojny ów, o którym mówię. Zlo- „czyńca sclironił się do hufca towarzyszy czy wspóloików, któ- „rzy go okrążyli i dali mn się wymknąiJ. Jeden Budzyński był „go za kołnierz porwał i zatrzymał, gdy chciał w pierwszej „chwili jeszcze trzeciem udei7,eniem zbezcześcić nie tego, na „którego się zamachiwał, ale ten dzień, trumnę , to miej- „BCe i własny naród. Nikt zresztą nie porwał się do obrony „napadniętego, wypuśfili Barabasza! Tak zawsze się dzieje. „Ten człowiek był niegdyś strażnikiem celnym pod Krze- „mieiieeni; w powstania dorwał się kapitaństwa, później że- J „brat po wszystkich domach paryskich, należąc do owej szui, „co po ulicach napada. Później z własnej woli zaciągnął się ' „do pnłkii Sultańskicb kozaków, który dziś pod dowództwem „tego, którego uderzył ; i zaciągnąwszy się, w ośm dni zbiegł, „pułk porzucił, uda! się do Stambułu i tam szynk założył. „Później tu wrócił i napastował wszędzie najszlachetniejszego „z ludzi, dowódzcę ewego, kióry mu zawsze odpowiadał „groźnie, że ze zbiegiem nie ma nic do mówienia. Takie „dzieje tego niegodziwca. Ale cóż powiesz, ma obronicieli, „ma stronników, i wieln się cieszy, ie się taka obrzydliwość

„stała! Ali nieszczęśliwym my narodem? W llarHbas/acli ko- lebać się zaczynamy. Ju^ dus robaki ostatecznie toczyć za- „czynajii- Od rzezi 1840 roku takiej boleści nie doznałem. „W takiej eliwili, przy tej trnmnie, na scłiodacłi przybytku „Pańskiego, ten, co nigdy nie zwątpił, ten, który Jeden coś „byl wywirtd! ua iirzyszloać ze swoicb zabiegów i staraA „nięezeuakicli, ten, co wznowił byl dojiiero co tradycyę le- ^gionów i chwyci! sztandar icii z ziemi i wzniósł go nazad „ku nieba, ten o postaci tak ryt-erakiej i cbrześeia oskiej , o „tak niespożytym źadnemi boleściami ani przeszkodami dn- „ctm, ten wśród tłumu ziomków, z których iad^n, żaden na „pomoc mu nie przybiegł, ten wart czci i podziwu za cnotę „żelazną, ten najdzielniejszy, ręką podłą udei7.on, .. tu strach! „strach nie dla niego, iile dla Polski i Polaków! 1 wiesK, „co wyrzekł zaraz w pierwszej chwili ! oto te słowa prze- „dziwnie piękne: „Sądzilcni, że początek męczeństwa więcej „boli." Tylko uważano, że podczas mszy, co nastąpiła zaraz „polem, czasem konwulsyjnie ściskał poręcz krzesła, na któ- „rem klęczał. Nic, w tern wszystkiem o niego mi nie idzie. Co „może dKiki zwierz, podły zwierz przeciw ludzkiej naturze i „to jeszcze najwznioślejszej? Ale mnie cliodzi o te znaki „zgnili/.ny, rozsiane po społeczeństwie naszem, ten ducb ^stronniczy, duch zawiści, tinch kłamstwa wiekuistego, który „nas opanował i sprawia, że oburzenia dość niema wśród „naszych z powodu takiego wydarzenia. Zkąd idzie, że to „wydarzenie zaczyna takim sposobem nas wszystkich kalać, „a przynajmniej wykazywać, żeśmy bez dncha, bez przeŚwiad- ^czenia, co złe a co dobre, co święte a co bezecne, żeimy bez ^iadwj opinii jiublicznej, a to znaki śmierci! I to wszystko „staje się w chwili, kiedy tak łatwo będzie pewnym potęgom „świata powiedzieć o nas: Patrzcie, czy warci odżycia!-*

„Zrazu jenerał był spokoju pełen. Ale następnych doi „duch jego wpadł w ciemną boleść, gdy ujrzał, że ta sjirawa „przybiera barwę stronniczej walki, że dwa obozy się kształcą, „jeden za nim, drugi za Jużwińskim; że więc listy bezimienne, „pełne gróźb i obelg, stionnicy tego ostatniego doń piszą...

„Jażwiński takte po sccnie na soliodacli Magdaleoy mów „list wyzywający naiiisał... Okropny to wypadek. Lecu prze- „konany jestem, że Jażwiiiski liyl podbeelitany i namó- „wiouy. Ręka, co tern kierowała, pozostała w nkryciii, a tylko „nią poruszone lalki ukazały się na jaw. Pierwiastku władzy „nienawidzą, a że jenerał zawsze wyobrażał, zatem znie- „nawidzony jest mimo najświętszych zasług. Wszystko to „grobowo amntne." (Baden 7 lutego I806, Lisi CCXni. Prze- gląd Polski. Styczeń 1877).

Kalinka widział i sądził Zamoyskiego jak Krasiński, i przylgnął do niego całą duszą. Ciągnął go Zamoyski do siebie naprzód .siłą rozumu, tym jego stopniem, który geniuszem nie jest, ale się do geniuszu przybliża. Ktoś, co nie widział nigdy żadnego z tych ludzi których nazywamy wielkimi, a chciał ciekawie wyobrazić sobie, jak może mówić, myśleć, jakie na drugiego robić wrażenie jeden z tych co przekraczają zwykłą miarę ludzką a dochodzą miary bohaterów i geniu- szów, Zamoyski mógł być odpowiedzią, zaspokojeniem cie- kawości, on dawał przybliżone wyobrażenie. Tak rozumnie, z taką znajomością człowieka, ■/. takiem doświadczeniem spraw tego świata, mógłby mówić najtęższy mąż stanu, choćby Eiehelieu ali)0 Cromwell, tylko gdyby Richelien i Cromwell miał przytem rycerski honor i katolicką żarliwość Godfreda, i ehrześciaóskie sumienie, które zawsze naprzód pyta i zawsze doskonale wie, co uczciwe a co nie. Z tym urokiem wyż- szości — a uroku większego niema na świecie łączy! Za- moyski urok obejścia łatwego i miłego, ujmującego i pod- bijającego; nauczał nienstannie i otwarcie, widocznie, ale sposobem tak przyjaznym i tak przyjemnym, czasem nawet tak wesołym i zabawnym, że choć było się przy nim zawsie na kazaniu, to kazanie skutek tylko sprawiało, czuć się nie dawało i nie przykrzylo się nigdy. A dopieroż to, co Kra- siński nazywa żelazną cnotą, ta alnżba bez wytchnienia, bez jednej chwili straconej, bez jednej myśli o ezem luuem jak Polska; ta summa trudów i [loświęceń, ta praca w strasznyeb i prawie nieasłających cierpieniach, to oddanie się swojej

sprawie tak 7.ii|ielne, że można o niem powiedzieO i* ze wszy- stkiem co bjln jego, „palii się wciąż ofiarą na oltarzn swej ojczyzny/ to go uzupełniało dopiero ostatnim najwyż- szym rysem, i sjirawialo, że z ludzi, na których nasze poko- lenie patrzało, żaden ule robił takiego wrażenia wielkości. Czy się nigdy nie mylił? Z pewnością musiał sig mylić nie- raz; jak kiedy, w jakiej mierze, z jalciego powodu, to byłby nam pokazał jego żywot, gdyby go Kalinka był napisał. Ale że na jego nagrobku możnaby napisać te słowa, które żartem mówili o nim Anglicy, słowa gpecłre of Poland, że jeżeli eraigraeya była widmem Polski, ktńre zjawiało się ciągle, niepokoiło sumienia i wstydem chyliło czoła szczęśli- wych i zapominających; jeżeli mogła byii a była istotnie protestacyą i utrzymaniem międzynarodowego charakteru sprawy polskiej, to w wielkiej części za Zamoyskiego sprawą i zasługą: —to święta prawda, której zaślepiona i uprzedzona teraźniejszość nie chce czy nie uniić widzieć i uznać, ale którą przyszłość kiedyś odkryje i ogłosi choć nawet Ka- lince nie starezyło czasu do napisania żywota.

Na Kalinkę wpłynął Zamoyski w dwóeb (oczywiście najgłównicjszycbj kierunkach. Naprzód wykształcił go poli- tycznie, Z Krakowa wychodząc i polskie tylko stosunki zna- jąc, a do tego bardzo jeszcze miody, Kalinka może ogólnie i teoretycznie wiedział, że jakieś na świecie zagraniczne stosunki i interesa, ale jaka ich natura, jaki sposób ich prowadzenia, jakie ich wrodzone prawa których obrazić nie może kto nie chce działać bez skutku, tego oczywi- ście znać nie mógł ; miał pod tym względem wyobrażenia mniej naiwne \ni. większość naszych wiejskich polityków, nie wyobrażenia ijardzo niejasne i niedostateczne. Od niedawna doi)iero a głównie z pism Kalinki zaczęliśmy miarko- wać, że polityka zagraniczna jest i sztuką i umiejętnością, i że my tej umiejętności (a nawet praktycznej tradyeyi) nigdyśmy dosyć nie mieli. Naród , i nawet najwytrawniejsi w nim ludzie, sądzili, że nic łatwiejszego; wystarcza instynkt irodowy, który umie zawsze przeczuć, kto przyjaciel a kto

wrńg, i zdrowy rozsądek, który każe przyjacielowi wierzyć i {loma^ać, wrogowi nie ufać i nie dać się używać. Że to j sprawa i sztnkti tmitniejeza, nauczyło nas doświadczenie emi- f gratyjne rnzumić się tej części emigracyi, która miała po- ' lityczny zmysł i polityczny talent. Ona pierwsza z Polaków od bardzo dawna oiusiała praktycznie, reiilnic, zetknąć się ze sprawami jiaifistw obcych i z dyplomatycziiein działaniem. Nie mogła ju^, być tak naiwną jak niegdyś agenci konfedc- racyi Barskiej, ani tak nawet (choć ei ju* ninicj), jak dy- plomaci Czteroletniego Sejmn, a nie mogła (jak łudzio Ksic- ' gtwa Warszawskiego) patrzeć na skinienie kogoś mocniej- I szego i jego się trzymać. Musieli sami myśleć, poczynać, upatrywać, starać się, okoliczności wywoływać, przeszkody zwyciężać, i praktyką nauczyli się, co to jest polityka I zagraniczna. Znajomość jej wyniósł ze swego petersburskiego J niiuisteryum i na tym gruncie polskim zaszczepił ksiąłc I Adam; ale Zamoyski, z zawodu, wycbowania i upodobania I wojskowy, ale z natury głównie dyplomata, saru wyuczył się Jl prędko i w drugicli rozuiiiicnie tyeb spraw rozwijał. Kalinka przy nim kształcił len zmysł dyplomatyczny, który praktyka i doświadczenie rozwinęły tak, że stal się prawie przymio- tem najświetniejszym jego politycznego rozumn, i sprawił że jego dzieła liistoryczue tak się odznaczają rozumieniem i znajomością tych spraw, że (nie wahani się powtórzyć) najlepszą jaką mamy w literaturze polskiej nauką polityki zagranicznej.

A drugi wpływ, jaki Zamoyski na Kalinkę wywarł, był religijny. Przez pobożnych rodziców chowany, Kalinka miał grunt religijnego uczucia, znać go w najmłodszych jego latach i najmniej wytrawnych pismach. Ówcześni znajomi świadczą, że w samych początkach swojej emigracyi był już bardzo pobożny. Ludzi stanowczo nicreligijnych było bardzo mało między Polakami w Paryżu, a ci co byli, wydawać się z tem nie śmieli ; sam Mierosławski przecież pisywał czasem pobożne frazesy na cześć Matki Boskiej. Kalinka wszakże, już stalszy w przekonaniach swoich od innych, w rozmowach^

C748t" subodząey na kweatye kościelne, wydal się niektórym zanadto pobożnym, a gdy jeszcze widziano go chodzącego do kościoła z książką, zgorszono się i uznano go Jezuitą. Do kościoła cliodzit:, to nie szkodziło, a może n;iwet było dobreiiij aie cliodiić z książką! to była oczywista łiipokry- zya. Im dlaiej bawił we Francyi, im biiżej widział tamtej- sze życie katołickie, tern biirdziej wzmacniały się jego prze- konania i wzmagała się miłość wiary i Kościoła. Wpływ Montaleni berta i otaczających go ludzi, wpływ X. Lcscoeur, wpływ Horacego Deiaroclie, przez którego zapoznał się z fran- cuskiemi dziełami miłosierdzia , posuwały go coraz dałej w tym kienmkii, ale w tyuisamyni także (Ir.iaiał i posuwał go wpływ Zamoyskiego.

Ten był i dziwnie, bo już w młodości, jnż w pierw- szych cliwilacli emigracyi tak wierzącym i w katołic- kich przckouaniacli stalom, jak mało kto w emigracyi, jak nikt może, z wyjątkiem tego grona ludzi (Mickiewicz, Jai'iski, B. Zaleski, łCożmianowie , Cezary Plater, Witwic- ki), zpośród których wyszedł pomysł zakonu, a następnie i zakon Zmartwycliwstańców. On pierwszy z emigrantów wybrał się do Rzymu, do Papieża. Czul potrzebę złoże- nia obedyeucyi, ale zarazem i wypowiedzenia co mysłal. I kiedy cala emigiacya bolała nad bullą Grzegorza XVI z roku 1B32, a poczęści odstawała od Kościoła, on jeden pojechał, mówił, żalił się... i otworzył oczy. 'J'rafae rozumie- nie Kosyi, jakie Grzegorz XVI miał później, zacięło się od pierwszej audyencyi Zamoyskiego; on rzucił jakieś pierwsze świailo, które im dalej, tem lepiej się rozjaśniało. Sam zaś coraz gorętszy w uczuciach, a coraz etalszy w przekonaniacli kutolickieb, stukał icłi w drugich i rozniecał je z całą siłą swego rozumu, z całym zapałem swojej dnszy. Nietyłko Ka- linkę polityka, ate i łfalinkę katolika i księdza on w wielkiej części wychował i przygotował.

lyatywy Zamoyskiego a

Ucyi \

: książki

innych częściach Polski; okład między

I a Kalinką był zawarty, kiedy zaszły wypadki, które

Zamoyskiego Jak Kalinkę iiumnii miteliucly rayśliiini, do in- nych powołały robót.

Jeżeli rok 1848 uie zostawi! na 1'olakacb z ""yjąt- J kiem rewolucyonistów (ilębszycli ńliidiiw i wrażeń, trwalszych u nicli wsponmień , to inaczej niiafa się r: 7, ])ośredniein następstwem tych wypadków, z ogłoszeniem Cesarstwa wo Francyi. Od r. 1831 , odkąd była we Franeyi emigracya, żadeu fakt w historyi Europy nie byl dla niej i tak ważny, żadeu uie usprawiedliwiał tak jej eiąglyoh na- dziei, że karta Europy musi się zmienić.

Nowy Cesarz, Bonaparte traktatem wiedeńskim nnzawgze odsądzony od francuskiego tronu, musiał, jeżeli się chciał \ utrzymać, zaprzeczyć i unieważnić podstawę prawa niię- ilzynurodiiwi-gii, musiii! być nie]irzyJ!icielem śniętego przy- 3 mierzą. Musiał Jeżeli umiał myśleć i z doświadczcie a nawet ^ Nmutuycli ua wygnaniu refleksyj stryja korzystać musiał j wiedzieć, że on na tronie Francyi i Franeya w i^woicli jfra- nic-acłi o tyle może bye bezpieczną i pewną, o ile na wscho- dzie Europy bjlolty coś, coby się wcisnęło między złączone zawsze ręce Fryderyka i Katarzyny, jakiś klin wbity między Prusy i Rosyą, i nie dopuszczający im złączyć się na irze- fiego, zrobić koałicyę. Musiał wiedzieć i to, że Franeya go pr/yjmie i uzna za swego. Jeżeli otoczy bl iskiem potęgi i i-bwały, zatem że będzie musiał się bić; i h) wreszcie mu- siał wiedzieć, że Frnncyę wtedy tylko dti wojny zapali Fr.iiiryę, Jaką wtedy była jeżeli jej miecza z jidciiwy do- łiędzie w imię i w obronie czegoś wielkiego i słusznego. Oto ówczesne rozuuiowanic pi'łskie: i dlatego, jeżeli wstrząśnieuie Polski w roku 1848 liyto sztuczne i słalic, lo kiedy usłyszała, *.e we Francyi Jest cesarz, wstrząsla się naprawdę do szpiku Icości, do głębi duszy. Zaponmiała o krzywdach i łilędacb pierwszego cesarza, pamiętała tylko, że się liii z Jej nieprzy- jaciółmi i że i)ył zwyciężony. Za to synowiec ^loszuka odwetu, a przpcicż historyę stryja zna, i wi^ dlaczego tnnitcu upadł!

Czy się l'olsk;i zuowu łudziła? Myślała logiczuie, te stwierdziły fakta. Nic myliła się nawet co do człowieka, od-

gadywała go nieźle, czulą vt nim pntyjaciela. Jakikolwiek był koniec Napoleona III, Francya tylko ma prawo na niego się żalić liib mu złorzeczyć. FoUka byłaby niewdzięczną, tern iiietrdzięcziiiejszą, że do jego iiiepowodzeii i później ciężkich l)łędów, do tego nieprzytomnego szukania jakiejś drogi, na którem zesuly jego ostatnie latay pośrednio do jego i Fran- cy! nieszczęścia a Prus panowania w Europie, przyczyniła się sama tym wybuchem powstania, którym siebie śmiertel- nie raniła a jego wyr/.uciła z równowagi.

Flegmatyk i wymcliowany z tempeninientu, ale z cha- rakteru uczuciowy a poniekąd ideolog, Napoleon III kiedy na ten tron francuski wstępował, miał głowę pełną marzeń nie jasnych ale szlachetnych , które brał za dojrzałe plany. Była w nich dcmokriicya doprowadzana dn doskonałości {w głosowaniu ]iowa/,echuem), i było pniwo narodów na praw- tlzie. na prawie b iźcm ojiarte, njęte w formnłt; nieokreśloną i naduj.ylą „narodowości." Świadectwa ogłoszone już po jego śmierci, dowodzą i szlac1i<.'tn'>ści je^o uczuć, i pewnej naiw- ności jego pojęć. Przy ]iierwszyni zjeździe z ks. Albertem, mgżeiii krńinwej angielskiej, Cesarz odraza z tcm się wynu- rza, że jego glównem zadaniem jest niepodległość Wloeli i ' Polski. Na tern zasadza swoją jiolitykę i pr/yszlość Europy . Mówiąc tuk, Cesarz naprzód nie uważa Inb nie domyśla się, że tajemnicę swoją wydaje przed nieprzyjacielem swojej my- śli; a prócz tego nie rozumić różnicy, jaka zachodziła mię- ■dzy temi dwoma spriiwami; nie widzi, że jedna rewolucyjna IV swojej natnrze moie zwyciężyć tylko rewolncyjneini środ- kami, kiedy druga da się rozwiązać środkami prawncmi a skończyć ubezpieczeniem prawa wszystkicli. Sądził Cesarz w tych latach i powtarzał, że [>ndwik Filip upadł dlatego, ■ie spraw tych podjąć nie miał odwagi, i obiecywał sobie w swoich rządach ustrzedz się błędu swego poprzednika. Ideologiem niógl być , ale miał (jak zwykle tacy Indzie) żywe i trafne uczucie tego, co być powiimo. Alians z Anglią alians cywilizowanego Zachodu przeciw despotyzmowi we- wnątrz a kłamstwu i grabieży nazewnątrz, to jego pierwszy

kritk, i naJHsilniejs/e do k*>ńca rlioć CKęstti liez-skiiteczne sta- ranie. A w jego widokach przyszłości, w teiii przetworzeniu 1 Europy, o jakiem marzył, było coś ehrześciadskiego i coi J tradycyjnie francuskiego; jakiś do innycli tylko czasńw za- stosowany ideał Henryka IV, i ostatecznie by!a ta ambicyn, żeby o jego czynacU mogło było być powiedzianem Oeeta Dei per Fruncog. A co do Połski? Malo cndzoziemców, mało by!n Francuzów, którzyby jej sprawę i swńj interes rozu- mieli jak on. Że wojny wschodniej nie dala mii na Polskie | ziemię przenieść Anglia, że ona znowu i za czyjem sta- raniem — cofuęła ultimatum 1 udaremniła koufjres w roku ] 18G3, to zbyt wiadome: i zbyt widoczne, że w pierwszym , jak w drugim razie aam zostawać nie mógł. Ze zaś w je^J pojęciu sprawy polskiej był nietylko rozum, ale lionnr i mienie (choćby były pomyłki i bl^dy), dowodzi cale jego -I postępowanie do tycli ostatnich nieszczęsnycłi dni wojny 1 pruskiej. W samych jej początkach, ale kiedy obrót zły już i przewidywać zaczęto, dyplomata pewien zwracał uwagę Ce- sarzowej na to, że położenie Francyi zmieniłoby aię odrazu, i gdyby Rosya chciała się za nią oświadczyć, i poddawał <j myól, żeby pozyskać Rosyę ofiarą Galicyi ze stosowną dla I An8ti;yi kompensatą. Ale o tern Cesarzowa ani słyszeć nio j chciała. „Jakto? wydać im jeszcze resztę Polski? niel j nigdy. Raczej zginąć!" Rosya l)ylaby może tej ofiary nie I przyjęła , ale dość , że oni ofiarą ratować się nie chcieli. I Nie my nie mamy prawa źle o nich mówić.

A teraz, dlaczego Cesarz lepiej czul i wiedział jak dzi&- , lał? Ka to pytanie mógłby odpowiedzieć tylko ktoś, co znal ^ dobrze rodzaj jego umysłu i jego charakteru. Musiała w tym „intelllgentnym degmatykn," jak się sam miał nazywać, byó jakaś trudność decyzyi, z której zmęczony wahaniem, prze- chodził w pośpieszny nerwowy pochop postanowienia i dzia- łania; była może w ideologu niezdolność do praktycznego poznania i prowadzenia spraw, a może leż (i najbardziej) uczucie szlachetne, popędy rycerskie, myśli zdrowe, skutkiem wychowania, kolei życia, przykładów, zwyczajów, nie doj-

rzaly nigdy w prKekonaniii, iiio iistiility się w zasady, i czło- wiek został cliwiojnyra i niiękkini. Adam Potocki opowia- dał, co BJyszal z ust księilza Yenłury samego, te sławny kaznodzieju, a przez czas pewien kaznodzieja cesarskiej ka- plicy, preez Cesarza cliętnie i poufnie przyjmowany, rozma- wiał z nim często 0 sprawncli polityczny cli, o jego i Franeyi przyszłości, i oto treść tego, co mu mówił: „Masz przed sobji „Polskę i Wlofihy, i między niemi się waliasz. Zastanówże „się i przejrzyj, że jedno liyioliy twojem zbawieniem, drugie „mnsi być twoją zgulią. Oswobodzone Wtocliy zechcą się „zaraz zjednoczyć, zjednoczone zeclieą być mocarstwem, a „że sąsiadem na lądzie i morzu jest Francya, więc tylko Jej kosztem wzrastać może ich potęga, i złączą się z każ- „dym jej nieprzyjacielem. Wloehy zechcą Państwa papieskiego „i, Rzymu, a gdyby im go Francya nie dnia, to dojdą do „niego przez Francyi wrogów i nieszczęścia. A kto wiń Jeszcze, czy zjednoczone Włochy nie staną się kiedy za- „chętą i przykladenj do zJe<lnoczenia Niemiec. To mu mó- „wię, ale nadarmo. Et ee n'esł pan qv'ii ne comprenne pas U comprend: miis h mulhtureu.x ne peut pas."

Anegdota w każdym razie jest ciekawa, a że nutenty- I «zii>i) więc zapisać warto, choć tn Ściśle do rzeczy nie należy. W ustach księdza Yentury znaczyły te słowa, ie Cesarz wiązany był dawnemi przysięgami z rewołncyą włoską i od Kiej zależay. Ogłoszone od lego czasu pamiętniki lub kores- jondencye wielu głównych aktorów sprawy włoskiej, od Maz- iniego począwszy, dowodzą przeciwnie: bo gdyby związek ki byt zachodził, oni byliby mieli właśnie interes w jego ryjawienin, a nie mówi n nim żaden. Niemniej trafne bylO' inie kaznodziei , że jedna ■/. tych spraw mogła być zba- brieniem, druga musiała stać się zgubą Fraucyi. Ciągnęła loniem za sobą sprawę Rzymu, a gdy tej Cesarz nic chciał (oświecić, Wiochy obróciły aic przeciw niemu, łączyły z jego tieprzyjaciołmi, i dziś jeszcze uważają się za „zwolnionych ^e wszystkich imiesznych obowiązków wdzięczności, bo Trancya zmazała pod Mentaiią to, co zrobiła pod Magenta

„i Solteriuo." CesaiK nie rw.iiinial tej różuicy i nie prze- widywał tych gkutków tak traluie jak ksiądz Yenlura, bo nd nilodwśei wSród emigi"antów włoskich żył, dn nieh przy- wykł i pr/.ywiązal się, a jak większość ówczesnego świata, limł wszystkie narodowości i niepodległości za podobne so- bie, jeżeli iiie za równe, i sprawy rewolucyjnej od restaura- cyjnej nie rozpoznawał.

Nowy Cesarz w przymierza z Anglią, z bezpośredniego powodu opieki nad Ziemią Świętą, w obronie Tureyi przyja- ciółki ]irzez wspólnych nieprzyjaciół, wydal wojnę Rosyi. Przy- szła chwila, na którą emigracya czekała od Int dwndziestu.

Dlaczego nie skorzystała z niej lepiej? Jeżeli pytanie odnosi do tej partyi która się gorącą zowie, a w powsta- niach brała inicyatywę, to odpowiedź znalazłaby się nioie w jej politycznej zręczności. Jak kiedyś, nie podczas wojny tureckiej, ale po niej, w roku 1830, tak teraz nie podczas wojny wschodniej, ale dopiero w r. 18G3! Co do strony dro- giej, ks. Czartoryskiego i otaczających go ludzi, to ci naprzód od początku do koiica iadnego powstania w krajn na nie- pewne wywoływać nie chcieli. Ich wyrachowanie było to, że naprzód wkroczenie wojsk sprzymierzonych na ziemię polską (miało być z Wołoszczyzny na Ukrainę), a wtedy dopiero ponstnnie. Zdradzono nas tyle raz}', ie i tym razem zdra- dzić mngą, zawrzeć pokój, a nas zostawić na laskę i nie- łaskę. Zatem nie narażać lodzi, póki się sprzymierzeni dobrze i głęboko w sprawę i w nasze kraje nie wpakują. Pot wstawać przedtem, zwłaszcza w Królestwie, bylobyto wypro- wadzić Prusy z nentralności, Rosyi iloslarczyć zbrojną pomoc, i spraiwie własnej i sprzymierzonych zaszkodzić. Zatem czekać wejdą na terytoryum, ngloszą w manifeście o co się biją— wtedy dopiero jiowstawać, a tymczasem za ich za- słoną organizować polskie pułki, zawiązek polskiego wojska.

Tukie było rozumowanie w tym razie, taka była stała ich zasada i polityka. A do tego jesKcze i to przypomnieć trzeba, że jeżeli po śmierci Mikołaja, po stolgownnin a po- niekąd rozprzężeniu sprężyn rządowych w Rosyi, ruchawka

powstać inogia w rokti 1863, to za życiu Mikołaja, w roku 1854 nie byłaby zdołała ani nawet się rozpocząć.

Pian francuski i polski był, z Wołoszczyzny doatae się na Ukrainę; udaremnił go plan angiełski wyprawy na Krym. WsKelako tamten stanowczo zarzucony nie był.

O ile należał do wojny krymskiej Kalinka? Należał do niej jako adjutant (a raczej sekretarz) Zamoyskiego. Listy i raporta obudwóeb, znajdujące aię w Paryżu, a kt6- ryeli w tym kriilkini caasie poznać nie miałem możności, pozwoliłyby dokładnie dzip^i za dniem opisać, co tam każdy •L nieb robił. W żywocie X. Kalinki, w żywocie Zamoyskiego, w żywocie księcia Adama, w liistoryi emigraeyi wreszcie, wszystko to powinno się znaleść, i da Bóg że się znajdzie. W tym pobieżnym szkicu, właściwie łyłko wspomnieniu po- śmierlnem nkładanem % pamięci, miejsca na to niema, po- przestać trzeba, cboć % żalem, na najogólniejszej tylko wia- domości. Poco pojeclial, co robił Zamoyski, to pozwolimy sobie przytoczyć w słowach już znanycłi i zaledwo przed ro- kiem drukowanyeli ^).

„Byli wówczas n steru rządu mężowie stanu tureccy przyjaźni Polsce, Kesz-yd pasza był wezyrem, Meliemed Ali seraskicreni. Mehemed Ali zawiadomił ks. Czartoryskiego, \i. Sułtan prosi go o przysłanie czterech wyższych olicerów pol- skicłi, którzyby jako jeneralowie w armii tureckiej byli użyci. Ich wybór pozostawiono księciu, atoli Sadyk Pasza (Czajkowski) wskazywał Dembińskiego, Chrzanowskiego, Zamoyskiego, By- 8tr/,onowskiego. Dembiński nie przyjął, bo ebcial, aby Sułtan do niego wprost się udał, a nie przez księcia Adama go przyzywał; przytem sądził, że go powinni zaprosić na wyższą komendę. I Chrzanowski także nie przyjął, bo uważając siebie słusznie za najlepszego na Zachodzie znawcę armii rosyjskiej, sądził, że Anglia i Francya zażądają Jego udziału w wojnie. Przestano więc na tem, że wysłano Breańsktego, który pułkownikiem był w armii piemontskiej od r. 1849, i Bystrzonowskiego, a

') Prsigl. Polsk.

1886. Michał Czajkowski.

takie Za ni nyski egu. Dwaj pierwsi otr/yniali iirzeziiiiczeiiie do Karsu, Zamoyski miał hyć liowódzeą korpnsu polskiego. . Wziął z 8oI>ą na swój koszt, kilkunastu oficerów z r. 1831 I ł^niiędzy nimi oelniejsi; podpułk, Słiibieki z 4 pułku lin. , ma- \ jor Kirkor, kapitan I-ange etc), do któryeli przybrał kilku z kampanii węgierskiej /, r. 1848, i tydi w Stambule utrzy- mywał. Tiircya okazała się skłonną do zadekretowania for- macyi polskiej, i w tem Barnguay d'Hiltier8, ambasador fran- 1 duski, skutecznie popierał. Wprawdzie Austrya czyniła ] trudności, ale Keszyd nie tracił nadziei, %& uda się pociąg- nąć ją do wojny z Rosyą. „Za ]'olskę niepodległą oddamy I Anstryi najchętniej Księstwa naddunajskie." Na Prusy nikt ] wówczas nie zwaiał i nie zadawano sobie pracy zapytywa- nia, co na taką formaeyę powied/Ą. Rzecz zdawała się bliska I* pomyślnego zakoi'iczenia, kiedy niespodzianie zatrzymał 1 lord Stratford Kedclilfe. Wszecliwladny ami>asador angielski j \vidzial z nieclięcią ten projekt, który Francyi przypisywał. Zazdrosny swej przewagi, oświadczył łieazydowi, \i. nie mo- iiua Zamoyskiego uwaiać za jedyuego reprezentanta Polaków w Stambule, że jeat tn inay pełnomocnik partyi demokratyez-i nej, jenerał Wysocki, który ma od cmigracyi upoważnieoie 1 do układu z rządem tureckim; że więc byłoby najwlaściwiej użyć obu jako dowódzców dwóch łegij polskich, arystokra- tycznej i demokratycznej, jednej w Europie, drugiej w Azyl. Czy Stratford szczerze to radził, czy też dlatego tylko myśl podsunął, aby skrzyżować projekt jtopierany przez Fraucyę, trudno dziś wiedzieć; dość, te Reszyd pasza pro- pozycję Zamoyskiemu uczynił. Zamoyski przyjął z obu- rzeniem, „Polacy chcą, odpowiedział, aby ich uważano za naród; jako płatni Szwajcarzy użyć się nie dadzą. Zarę- czam, że Wysocki tęsamą da wam odpowiedź. Co większa, oba tn przyjdziemy i powiemy wam, że każdy i nas woli ( służyć pod komendą drugiego, niż tworzyć dwie polskie le- gie, od siebie niezawisłe." Zażądał tedy rozmowy z Wysoc- kim, z którym się dotąd w Stambule nie spotkał, i propo- i nował mn, aby poszli razem do Reszyda i do Siratforda

z tern fiświailezenieiii. Ale Wjsorki rozumiat dobrze niższość swej pozyeyi i [irzewidj-wal, że jeśli oznajmi, woli sln- j'.ye pod Zamoyskim, niż oiieO osobną komeadę, to cliociaż Zamoyski tożsamo złoży uświadczenie, nie jemu, ale Zamoy- skiemn oddadzą komendę. Wymówił się więc, odpowiadając, ■}.e nie jest panem swoich postępków, że jako upowuż- niony od emigracyi, musiałby wprzód zasiągnąć jej zdania: i z Zamoyskim razem do Porly i do ambasady angielskiej nie poszedł.

Projekt iipadi ; liyloto w połowie 1854 r. Armia turecka pod wodzą Omera Paszy odjjarlszy Rosyan pod Silistryą, przeprawiła się za nimi za Dunaj i zajęła Wołoszczyznę, którą Paszkiewicz opuści). Omer założył kwaterę w Bukaresz- cie, a wojska swoje do Mołdawii rozciągna.ł. Czekał na roz- kazy wkroczenia do Bessarabii, a także na posiłki sprzy- niierzonycb. Tymczasem armia franuuska i angielska zbierała się w Warnie, a w Paryżu i w Londynie naradzano się, gdzie dalc.i wyruszyć, Z Bessarabii droga na Ukrainę, a tam z kwestyą polską trzebaby było się spotkaO! Anglia ])odala więc myśl wyprawy do Krymn, aby zająć Sebaslopol i znisz- ozyó flotę rosyjską, która ztamtąd zagrażała Stambułowi.

„Zamoyski expedycyę potępiał, rozumiejąc dobrze, sprzymierzeni dlatego idą do Krymu, ałiy nie iść do Polski. Postanowił miau się do Omera i jego zachęcać do marszu naprzód. Już też Omer wyprawił Sadyka z pułkiem kozaków sułtaAskich do Maximeni (w Mołdawii) i oddał mu komendę nad przednią strażą armii tureckiej, Ale Omer czuł się za słabym, aby iść naprzód, i gdy sprzymierzeni zażądali jego pomocy w lirymie,' tam znaczną część swego wojska wypra- wił. Tyle jednak Zamoyski na nim uzyskał, że na przedsta- wienie tureckiego wodza, Sułtan wydał trądu nakazujące for- inacyę drugiego pułku kozaków sułtauskicb, który z samych Polaków miał być złożony i pod komendą Zamoyskiego zo- stawać.

„Polskich ochotników nie ttrakowalo. Znajdowali się na- przód zpośród jeńców lub dezerterów rosyjskich, których

z Krymu odwożuno do ytiiiiibulii i rażeni z żołnierzami ro- syjskimi miano icli odwozić do Korsyki. Zamoyski tyle je- dnak wyjednał, że oddzielano od nich Polaków i jema ieh'J oddawano. Przybywali także ochotnicy z cmigrapyi, kUryctl j rząd turecki przyjmował i pod Warnij gromadził.

„Zamoyski otrzymawszy upoważnienie do forinowanin 'j piiłka polskiego, wszystkich Polakt'iw śtńągnąl do Sznmii i komendę i organizacyę powierzył Słnbickiemii. Atoli z Tur- kami ekwipowanie pułku szło bardzo nierażuie. Każdy szcze- gół potrzebny (konie, siodła, mundury, broń) trzeba było z wielkim trudem w Seraskieracie zdobywać; ludzie i ofice- rowie, już w znacznej ilości byli zebrani, a niczego, nawet I żołdu, nie można aię było doprosili. Tyle tylko, że dawami racye żywności; skończył się rok 1854, upłynęła zima i wiosna 1855 r. , a forniacya nie postępowała. Zamoyski zje- chał sam do Hznnili i ratując pułk z własnej kieszeni, bronił | go od rozejścia swoją powagą i awansami które czynił.

„Przeciągała się wojna w Krymie. l'o zwycięstwie nad ] Almą, sprzymierzeni rozpoczęli oblężenie Sebastopola, Przy- szło do kilku krawych utarczek z Rosyanami, w których. , Anglicy (mianowicie pod Bałakławą) bardzo mocno ucierpieli. Armia angielska (której w Krymie nie było więcej nad 30,000) prędko stopniała. Rząd angielski nie mając włas^ nego gotowego żołnierza, począł w całej Europie werbować ochotników. Podsunięto w Londyoie myśl, że możnaby użyć Polaków. Lord Palmerston napisał o tern do Zamoyskiego i zawezwał go do Londynu, aby się z nim porozumieć.

„W polowie 1855 roku, Zamoyski wybrał się do Anglii, W przejeździe przez Paryż był u Napoleona, który go mo- cno zachęcał, aby wszedł w stosunek z rządem angielskim. Cesarz Francuzów zmęczony był już wojną, a raczej fałszy- wym jej kierunkiem. Utrzymanie armii pod Sebastopoiem kosztowało ogromne summy; prócz zwykłego budżetu, trzeba było zaciągnąć trzy pożyczki: 300 mil., 500 mil. i 750 mi- lionów. Trzecia pożyczka szła już mulej raźnie. Napoleon oświadczył, że trudno mu wymagać uowych ofiar od narodu,

jeżeli Bię aie postawi takiego dla wojuy celu, któryby Fran- cuzów inóg-1 zentnzyazinował;. Proponował więc : albo gra- nice Renu, dla Francyi, albo odbudowanie Polski, Pod temi warunkami pr^yNtawał na dalszą kampanię. Granice Renu Palmerston odrzucił natychmiast; eo do odbudowania Fohki, odpowiedział, ie tak daleki cci mnsiałby przerazić Anglików, którzy zajdą i dalej niż inni, byleby icU nie zniechęcać na początku. Ze zresztą ogłaszać odbudowanie Polski jako cel wojny, w chwili, gdy armie sprzymierzone tak daleko od Polski, bylobyto tej ostatniej oddać najgorszą usługę, bo rząd rosyjski nie omieszkałby wywieźć wgląb Rosyi wszystkich celuiejszych Polaków. Proponował, po zajęciu Sebastopola, na rok przyszły zdobycie Kronstadu."

,,0d tej thwiii Napoleon był już zdecydowany na za- warcie pokoju z Ilosyą, i po śmierci Mikołaja poeząt porozu- miewać się przez posła saskiego Seebacha z Aleksandrem U. Ale przypuszczając, ie jeżeli Rosya nie ustąpi, trzeba będzie wyjść z Krymu i ruszyć na północ i zawadzić o ziemie pol- skie, rad był, że legie polskie formować się będą i że ta forniacya wciągnie Anglię do śmielszej wojny. Przypuszczał też, że ona da do myślenia Rosyi, że uczyni sklonniejszą do zgody, i dlatego nakłaniał Zamoyskiego, aby przyjął co- kolwiek mu dadzą Anglicy, a reszty, czegoby nie dostawało, sprzymierzeni i wojna dostarczą."

„Anglicy przelękli się zrazu formacyi polskiej. „Wy nas skompromitujecie wobec Rosyi" mówili, chociaż z Rosyą byli w wdjnie. Dłużej trzech miesięcy trwały układy w Lon- dynie z Lordem Panmure, ministrem wojny. Pieniędzy ofia- rowali liojuie, żołd angielski (1 szył. dziennie ua żołnierza) i oprócz tego 5 Ł. hounty każdemu ochotnikowi. Zamoyski przy- jąć tego uie chciał, mówiąc, że tworzy wojsko dla przyszłego rządu polskiego, który me mógłby tak drogo opłacać żoł- nierza; zato domagał się ehoi^ągwi polskiej, komendy, mun- durów narodowych etc. Przed tem znowu Anglicy się cofali, odmawiając każdej rzeczy polskiej, choćby tylko orzełków polskich na gnzikacb. Nareszcie w grudniu 1855 r. stanęło

50

na tem, te ma stanąć dywizya polska, imiennie do kozakóip^' snłtańskioh należąca, ale na żołdzie i pod rozkazami Angli- ków, a broni i mundurów miała Francya dostarczyć. Byłato męc legia sprzymierzonych. Posłani do Szumli jen. Breański i pułk. Kamieński, jeden nad piechotą, drugi nad jazdą ob- jęli komendę. Ludzi było już około 1500."

„Wielokrotnie jenerałowie francuscy zapytywali podczas wojny Zamoyskiego, dlaczego nie idzie do Krymu? „Wy- ście tam poszli, odpowiedział, aby Polski uniknąć; jakże ja mogę iść tam!" „Masz racyę (mówili na to), ale na rok przyszły jak z Krymem skończymy, trzeba będzie ruszać do Kijowa, a wtedy wy, co dzisiaj stoicie w tyle, pójdziecie naprzód, przed nami."

Ale Kalinka? cóż w tem wszystkiem Kalinka? O nim niema tu wzmianki, bo to on sam pisał (jako informacye do roli Sadyka Baszy w tej sprawie i jego stosunku do forma- cyi Zamoyskiego, na prośbę niżej podpisanego kiedy ten po śmierci Michała Czajkowskiego pisał o nim artykuł). Opo- wiadał zaś o sobie tak mało zawsze, tak nie miał na to czasu, i mówił tylko o rzeczach które za ważniejsze uważał, że z jego ust nie mam o nim z tych czasów szczegółów żadnych.

Krasiński kiedy opowiada jak Zamoyski uderzony był kijem przy wejściu do kościoła na pogrzebie Mickiewicza, dodaje w liście następnym (do Sołtana CCXIV Pzegląd Pol- „8ki Styczeń 1877 str. 16): „Kalinkę, sekretarza Jenerała, ^niezmiernie zdolnego młodzieńca, w tych dniach nowy napa- stnik w głowę uderzył." Czy go Krasiński znał i sam przez się o jego zdolności mógł sądzić ? W każdym razie późniejsze to już, powojenne czasy.

Za tego pobytu w Turcyi poczęły się nie starania jeszcze, ale pierwsza myśl późniejszych starań o nawrócenie Bułgarów. Oddawna już uwaga księcia Adama zwrócona była na Słowiańszczyznę turecką; oddawna jego agenci sie- dzieli tam i śledzili usposobienie tych ludów i postępy ro- syjskiej między nimi propagandy; oddawna książę zwracał uwagę państw zachodnich na ten element kwestyi wschód-

Si

M

r »y

Ij niu

niej. On lepiej od własnych ambasadorów w Stambule nmial otwierać oczy francuskim i angielskim dyplomatom, tłóma- czyć im, że kiedy myślą tylko o napadzie flot i wojsk ro- syjskich na Konstantynopol, spuszczają z oka ten proces rozsadzania Tnrcyi od wewnątrz, który Rosya prowadzi cicho ale nieustannie; lepiej od ambasadorów wiedział, co te ludy myślą, co się między niemi dnieje, i dostarczał informacyl gabinetom, które siipremacyę rosyjską na wschodzie uważały za klęskę dla siebie. Ale bylyto ostrzeżenia i zabiegi czysto polityczne: śledaenie i krzyżowanie działań rosyjskich poży- teczne, ale oczywiście slahe i nieznaczue w porównaniu ze środkami, jakiem! rozporządzała Rosya. Gzem możnaby jej zagrodzić drogę do jądra tych krajów i serca tych ludów? gdzie znaleśd silną tamę, któraby jej wpływ odepchnęła? Sienawiść Turków, nadzieja wyswobodzenia, podobieństwo .języka, jedność wiary, wszystko pclia Słowian południowych ręce Rosyi, która te ręce z anielskim uśmiechem otwiera, fak się raz w nie rzucą, uśmiech się zmieni, i wtedy Buł- garzy, Serbowie, wszyscy inni, poznają po czasie co to Ro- sya: ale dziś próino mówić i ostrzegać, mnszą jej wierzyć muszą iść na jej lep!

Ale gdyby mieli inną wiarę? gdyby byli jak niegdyś .tolikami? w takim razie nabyliby innego daclia, wy- obodziloby się od Rosyi ich sumienie, ich wiarę, ich du- szę, a wtedy ich wola stałaby się także inną jak wola Ro- syi, osobną, samoistną, o świat zachodni opartą i ku niemu zwróconą. Ale czy to możebne! Wieki tradycyi religijnej i narodowej, wieki rosyjskich zabiegów i darów, umyaly ciemne, znajomości świata żadnej. I kto się do tego weźmie, kto po- prze? kto dostarczy środków? kto choćby zrozumić że to potrzebne? Trzebaby dla takiej myśli pozyskać Papieża i Sułtana, rząd francuski i bułgarskich pasterzy! A gdyby i to zrobić się dało, to wtedy dopiero pytanie, czy ten lud od ieków syzmatycki zechce odstać od tej wiary, do której iubI być przywiązany? Wprawdzie patryarchat grecki i du- lowieństwo tak go cisną i gnębią, w takiej u niego nie-

4*

nawiści, ie o nienawiść dałoby się mnie jakie dzialaaiol zahaczyć; ale gdyby nawet, to czy o wierze rzymskiej dadzą 1 sobie mówić? Chyba gdyby obrządek wschodni zachował im w całości to, do czego przywiązani i przyzwyczajeni... chyba gdyby Unia, niegdyś w Polsce wynaleziona, wprowa- dzona, niedość utrwalona, a dziś przez Rosyę tępiona, tutaj puściła nową latorośl na chwałę Boga, zbawienie dusz, roz- ^jzerzenie Kościoła i... zaszachowanie Rosyi!

Takie pytania Bławaty w głowie Kalinki i Zamoyskiego podczas tego w Torcyi pohytn, a w lat parę później pewien odłam bnłgarskiego ludu okazał skłonność do połączenia się z Kościołem. Tm-cya nie miała nic przeciw temu, poselstwo Irancnskie wzięło tych ludzi w opiekę (choć nieurzędowniel, Pius IS witał ich, jak niegdyś Klemens VIII Rusinów; i zro- bił się ten początek Unii bnłgarskiej, za którym poszły pa- rafie, szkoły, miesye, dwa obrządki zakonu Zmartwychwstań- ców: około wiary i Kośckiła, około prawdziwej niepodległo- ści słowiańskiego ludu i jego prawdziwej eywilizacyi polska ' zasługa, a zasługa podobno głównie Kalinki, przynajmniej zasługa pomysłu i inicyatywy. Dziś ta Bnlgarya, w malej tylko części katolicka, przecież jest tamą na drodze Rosyi do panowania nad światem. Kto wić, czy ta jej obecna rola, ta oznaka przyszłej, daj Boże, samodzielności Słowian połud- i niowych, nie jest skutkiem i nagrodą owych starań, Bożego nad dobrą myślą i dobrym zami<irem błogosławieństwa.

Po wojnie przyszedł kongres paryski. Zdarza i powta- rza się to często, że kiedy z dwóch sprzymierzeńców jeden i nie chce w obronie wspólnego interesa i celu iść tak daleko, działać tak stanowczo jak drugi, ten drugi pozostały znie- chęca si^ do niego, a nabiera jakiegoś pociągu do tego, ' który przed chwilą był nieprzyjacielem. Kiedy Cesarz po- miarkowal, że Anglia zabawiwszy go obleganiem Sebasto- pola, chce jeszcze bawić obleganiem Kronsztadu, a o woj- nie prawdziwej i skutecznej nie myśli, zaprzestał wojny, ale , nie mogąc Rosyi uczynić nieszkodliwą, chciał uczynić s bie przyjazną, i poczęły się te dobre stosunki , które z cza- I

aem doszły we Francji do ostatDiego zaślepienia, do bałwo- cliwalatwa Rosyi. Zwrot ten w polityce Cesarza, i pokój pa ryski, byl oczywiście lila polityki polskiej bolesną przegraną, klfjską, i zapewne na długo. Należało wszakże zawód teo znieść, upokorzenia i gniewu nie dać po sobie poznać, i czekać cierpliwie sposobnycli okoliczności. Tak rozumiała położenie i swój obowiązek jedna część emigracyi szkoda, że nie tak drnga.

Nikt już dziś nie wić prócz tycb, co pamiętają, bo doznali jakie wrażenie ówczesny pokój zrobił na umysły i na serca polskie. Przeszliśmy od tego czasu o tyłe gorsze 2e tamto się zatarło, ałe można twierdzić, że od kampanii rosyjskiej Napoleona I, nie doświadczyliśmy takiego za- wodu, jak ten rosyjski pokój Napoleona III. W nadzieję naj- bliższą, najpewniejszą, uderzył gromi Rosya zwyciężona i zdawało się tak już blizka wymiaru boskiej i ludzkiej spra- wiedliwości, wstawała znowu obłudnie cicba, ałe pewna sie- bie i urągająca, a Francya przed Polakami spuszczała oczy ze wstydu, ałe do tamtych wyciągała rękę. A więc i to za- wiodło ! a więc nigdy nie będzie końca i nigdy zwycięstwa, które tym ra/em tak było blizkie! Zawód całej Polaki, dla emigracyi, dla tej jej części do której należał Kalinka, był prawie rozpaczą i wstrząśnieniem najglębszem, najbołeśniej- szem, jakiego ci ludzie dotąd doznali.

Wszystko zawiodło! Cóż zostaje? Nic: na świecie nic, tylko własna miłość Ojczyzny, i Bóg! i z tego trzeba wszystko stworzyf. Z zawodu i rozpaczy wstaje ta miłość i ślubuje wszystko znieść, wszystko zrobić, wszystko pokonać i po- prawić, co tylko zdoła; i wstaje myśl, że ofiarą złegn w so- bie, zwycięstwem nad sobą, trzeba Boga przejednai' i ubła- gać. Dokonywa się i wzmaga zwrot religijny, niemal mi- styczny, dążący do poprawienia i podniesienia Polski, za- czynający od poprawy i podniesienia siebie; zwrot, który porwał i Kalinkę także, ale nie jego jednego tylko.

Sposobne okoliczności! jakie i kiedy? Czekać cierpli- ! Jak długo? Nie hyłoto łatwo na tn się rezygnować.

Ó4

ale było potrzebnie , skoro było oczywistem , że w polityce zagranicznej niema nateraz nic do roboty. Nie idzie zatem, żeby nie było do roboty nic zgoła. Takie chwile i lata spo- kojn właśnie sposobne i doskonałe na to, by stan we-^ wnętrzny naprawiać, podnosić, pozbywać się tego co do- świadczenie wskazało jako złe, nabywać sił, i w okoliczno- ściach sprzyjających (kiedy się zdarzą) wystąpić z pewną mocą.

Jaki jest stan Polski? w różnych* jej częściach i pod różnemi względami? Trudności i niebezpieczeństwa pocho- dzące od rządów, i te które leżą w nas samych ? Jak postę- pują z nami i jak my przeciw temu postępowaniu działamy? czy mamy rozum i oświatę? czy mamy rozum polityczny? czy mamy w charakterze statek dla siebie, a powagę i god- ność wobec rządów? czy mamy dbałość i gospodarność w rze- czach ekonomicznych? jakie nasze skłonności, popędy, instynkta i upodobania w życiu politycznem jak prywatnem, w literaturze, w sztuce ? jakie nasze książki i dzienniki ? czy i o ile to wszystko jest u nas siłą albo słabością? Gdyby te wszystkie pytania roztrząsnąć, ten stan wewnętrzny Polski zbadać i jej pokazać, moźeby to się przydało i wyszło na dobre. W każdym razie zrobiłby się porządny inwentarz tego co jest, porządny obrachunek, a od tego zawsze musi się zacząć wszelka poprawa, w interesach czy w sumieniu. Ta* kie rozmowy, takie dochodzenia nad polską naturą, do któ- rych każdy przynosił swoje spostrzeżenia i doświadczenia, w tej myśli i nadziei, żeby dojść do psychologicznej i pato* logicznej znajomości narodu, toczyły się często, długo, zawsze^ między towarzyszami wygnania i pracy, zbliżonymi do siebie wiekiem, przekonaniami i przyjaźnią, między którymi dwóch odznaczało się i górowało zdolnością: Julian Klaczko i Ka^ linka. Takie myśli i słowa stały się w niedługim czasie i czynem. Pokój paryski odbył się w roku 1856, w r. 1867 zaczęły wychodzić Wiadomości Polskie.

-i^liie-

m.

Przez cza3 wojuy Wschodniej wychodził mały dzienoi- ;, w dwuuastce, służący interesom formaeyi legionów pol- skich, utrzymywany przez Zamoyskiego (nie bez subwencyi aDgielskiej), zapełniony rzeczami wojskowemi, a uzupełniony wyciągami z dzienników krajowych; nosił nazwę Wiadomo- ści Pohkich. Wydawał go relix Wrotnowski, Litwin, dyrek- tor Biblioteki Polskiej. Do Biblioteki, w której on panowi jako dyrektor, przychodził Klaczko, zajęty wtedy zamierzo- ną Historyą Poezyi polskiej i robiący do niej przedwstęp- ne przygotowania, przychodzi! i Kalinka, po powrocie ze Wschodu, zabierający się także do pisania Hintoryi Emigracyi, pracą zajęty i zastanawiający się coraz głębiej nad naturą i loRcni narodu, zaczął dostrzegać i uwagę Klaczki zwracać na to, że złe, jakie oba widzieli w Emig;racyi, nie było jej właściwością i nie od niej się zaczęło, ale ie byio odziedziczonem po długiem paśmie pokoleń i dziejów. Z tych rozmów, z tych nawzajem sobie udzielanych spostrzeżeń, zrobiło się nareszcie zupełne między nimi zbliżenie, a jego pierwszym objawem i skutkiem, był pomysł wspólnego stu- dyum psychologii narodu polskiego, w różnych lepszych i gor- szych, dawnych i dzisiejszych typach, jego skłonności i na- tury. Zi^ętego literackiemi kwestyami Klaczkę, Kalinka na- mawiał i wciągał do prac praktycznych, publicystycznych i politycznych; przekonywał, że i z krajem i z zagranicą jest coś do zrobienia, ale pracować nad niemi trzeba bezpośrednio

i bez wytchnienia. Rfi^mowy talciej treści jak wyżej wspomoiano i toczyły się między nimi bez wytchnienia. pewnego dnia opowiadamy to wszystko prawie dosłownie z listów i słów Slaczki Kalinka sam zafrasowany, zafrasował i jego pytaniem, co się stanie z Wrotuowskim ? Z formacyą ustały i angielskie subsydya, z temi ustanie i Jego dzienniczek, a wjego dochodach będzie to ubytek bardzo dotkliwy. Czyby nie można coś takiego wynaleźć, coby i jego los zabezpieczyło i ogółowi się przydała? czyby nie można rozwinąć jego łWa- domości na pismo znaczące i pożyteczne? „Wystawię Księciu „pożytek takiego pisma, mimo upadku nadziei wojennych. „Ale trzeba to robić ostrożnie, bo Wrotnowski nas nie lubi, „naszych przekonań nie podziela" (byl trochę Towiańezykiem i miał ukryty pociąg do Towarzystwa Demokratycznego) „a „podejrzliwy jest." Zaprosili Wrotnowskiego z sobą na ex- knrsyę do St, Germain, wytlómaczyli pożytek takiego pisma, zachęcili żeby objął redakcyę, pomoc ciągłą przyrzekli, i Wrotnowski dał się nakłonić. Dał się nakłonić (choć nie bez trudu) i Książę, którego otoczenie nie bardzo im sprzy- jało, a nie było w Paryżu Zamoyskiego, któryby wpływem swoim pomagał. Stanął wreszcie układ : koszta wydawnictwa, o ile nie pokryte prenumeratą, miał ponosić Książę; redak- cyę obejmował Wrotnowski, i ou jeden za wynagrodzeniem; Kalinka i Klaczko pisywali zadarmo. CzęMą materyalną i drukarską zajmował się chętnie i gorliwie Januszkiewicz, który i do narad redakcyjnych, przez to do dyrekcyi pisma, czynnie należał. Zamoyski zdaleka zachęcał i przyklaskiwał; dodawała odwagi i ufności swojem współczuciem szlachetnem i rozumiiem, swoją przyjaźnią, księżna Marcelina Czartoryska, której dom byl pod względem towarzyskim i umysłowym pocie- iihą i rozrywką, główną kwaterą redakcyi i jej przyjaciół. „Oto „szkielet pierwszego zawiązania się naszej spółki," mówi Klaczko (List z Rzymu 9 uiurca 1887)').

') Oprdcz Wiadomości, wydała fa Spółka Relaci/e Nuncyiiszóie, Pamiętniki Kr^yssiofn Itu<iziiviłia, księcia Adama Żywot

Przy okazyi wytJaiiia Wiadovmeci pod tytułem Roczni- ków Polskich w r. 1867, /.dając z nich siirawę w tymsaniyni Przeglądzie (w lipcu 1H68), mówiliśmy o uith to, co dziś jeezcze przekonaniu iiaBneniu zupełnie i Dajścidlej ndpowiadfi. Dlatego nie waliamy sig powtórzyć tu całycli ustciiów z rze- czonego artykułu, tern bardziej, że w swoim czasie liardzo mało a dziś wcale nieznany, będzie on prawie nowym, a dziś niemniej moie jak wtedy poti-zebnym i usprawiedli- wionym.

Wiadomości nie byty dziennikiem w śeislem słowa znaczeniu; nie były nim nie dlatego tylko, że nie co dnia lecz raz na tydzień wychodziły, ale więcej dlatego, że zało- żeniem i treścią swoją rńiniły się wielce od tego, co zazwy- czaj rozumiemy pr^ez dziennik. Wydawane w samem cen- trum współczesnej polityki i historyi, nie trudnią się prze- cież wcale bie^cą polityką; o wypadkach nawet wainych nie wspominają ani słowem, jeżeli te wypadki nie mają wpływu na sprawę polską; o wypadkacli potocznych, codzien- nych, nie mówią wcale. Stoją one w wielkim prądzie euro- pejskiego życia i znać to na każdej ich karcie; ale na to co się wokoło nich dzieje, patrzą o tyle tylko, o ile spodzie- I wają się ztąd lub obawiają, dobrego lub złego wpływu na polskę lub jej losy. Ale w Polsce zato nie trafi się ani jedno

Nienieeiiiicza, później zbiorowe wydanie Mickiewicza 1861 itd. Przedtem jeszcze, bo w styczniu rolni 1857, wydał Kalinka w Dodatku do Ca^asu, pod pseudonymeni Broni- sława Kamieńskiego, artykuł historyczny p. t. Negocijanje ze S^wecy% o pokój 1651 1653. Prsi/<:zynek do hisidryi Wojen Siwedikinh. Rozprawa ta, ciągnąca się przez trzy zeszyty, opowiada dzieje kongresu w T^ubece, czyli starania królowej Krystyny o przymierze z Rzpitą, udaremnione nieszczcaną ze etrony polskiej niezręcznością, i niechęcią króla zrzeczeniu eię pretensyi do korony szwedzkiej. Pi- sany na podstawie i^ękopisów Biblioteki cesarskiej w Pa- ryżu i wypisów przywiezionych przed laty z Hagi , przez historyków bardzo ceniony, jest ten artykuł pierwszą ściśle lii story czną pracą księdza Kalinki.

1

oici o niem ^H

choćby obojętne napozór zdarzenie, żeby Wtadomodei nie wiedziały, żeby go nte oceniły w odnieHieniu do sprawy nasz-ej, żeby nie Budziły jego poiytków lub nie jirzewidzialy złych naiitępstw; nie zdarzy się ani jedna krzywda, ani jedno prześladowanie o któieby się one nie upomniały, aui jeden obowiązek któregoby nie wskazały, ani jedna dobra uposob- DOŚĆ o którejby nie przeslrz-egly, Jeieli się stanie jakiei małe zboczenie 7. drogi obowiązku, Jakaś płochość, jakaS lekkomyślność, Wiadomoici zarax przywołują do porządka;

jeżeli w dziennikarstwie, w literaturze, w życiu społecz- nem lub nbyrznjnwem, objawi się jaki kierunek fałszywy i niebezpieczny, WiadomoSei upominają zaraz i grożą skał- kami, które bystro przewidzieć umieji^; —a kiedy im przyj- dzie spotkać się z jakiem piibliczncm zgorszeniem, z grze- chem obrażająeem polskie sumienie, z działaniem zgnbnem dla tego odrodzenia narodu, dla którego pracują same i in- nych do pracy chcą zaaglić, wtedy karcą i chloszczą tak, ie napiętnowany przez nie kierunek lub człowiek, obronić się nie może, a podnieść chyba tylko odmianą i poprawą.

„I tak przez lat cztery były Wiadomości jakżeby straż- nicą polskich interesów i wewnętrznego życia Polski ; z my- ślą wiernie w przyszłość zwróconą, wlepiły wzrok w teraź- niejszość, i przypatrując się jej pilnie, bacznie, niezmordo- wanie, przykładały do tej teraźniejszości miarę tej przyszłości i nasze uczynki sądziły podług tego, czy one dla przyszłości, narodu były zle lub dobre, czy budowały łub podkopy- wały. Nie na jedną zaś część Polski, ani na dwie zwrócona była uwaga Wiadomości , ale na całą dawną przestrzeń Rzpltej; o częściach mówią one dla całego narodu i z myślą o całości; wydają się jak majtek na najwyższym maszcie, obejmujący cały widnokrąg morza dookoła i wyglądający na wszystkie strony, zkąd idzie chmura, zkąd bnrza, zkąd się snnie podejrzany korsarz lub nieprzyjacielska flaga powiewa

wreszcie zkąd zerwie się ten wiatr i ten prąd , który okręt do portu zapędzi. —^ Nie gazeta to więc, ale racaej wszechstronny i zupełny obraz życia Polski przez ciąg waż-

nych bai-dzo lat czterech , obraz wiei'ny, i godzien , żeby na niego popatrzeć.

„Zaczęły Wiadomości wychodzić w roku 1857, w rok po pokoju parj-skim; w krótki czas po wojnie wchodniej i po śmierci cesarza Mikołaja, a w chwili, kiedy potęga Fran- cyi jaśniała najświetniejszym blaskiem, kiedy pod niesłycha- nym w owej chwili urokiem polityki Napoleona III ludy i rządy domyślały się czegoś więcej jak uroku, bo stateczności niezłomnej, zamiarów oparlych n.i zasadzie, śmiałości czer- panej w wielkich i szlachetnych zamysłach, i prawdy. Czul wtedy każdy człowiek i każdy naród, jak i dziś cznje, że Europa przyśpieszonym ruchem pędzi kii przeobrażeniu; fyłko wówczas każdy sądził, że przeobrażenie to odbędzie się ra- mieniem Franeyi, tej Francyi chrześciańskiej , cywilizowanej i cywilizacyjnej, pod kierunkiem człowieka rozumiejącego potrzeby wiekn, a wiedzącego, że świat wtedy tylko dojdzie do porządku i pokoju, kiedy nie siła przed prawem, lecz prawo będzie przed silą. Tak pojmowano w Europie Napo- leona III: dlatego obawiało się go niejedno mocarstwo w En- ropie, dlatego niejeden naród czekał od niego hasła i spo- sołmości, jeśli nie mocy do oswobodzenia; a dziś jeszcze nie mo^,na zaprzeczyć, i,e trafnym był ten instynkt, który przeczuwając konieczność zmiany międzynarodowych stosun- ków w Europie, pragnął, żeby ta zmiana dokonała się pod natchaieniem i kierunkiem Franeyi, a wyglądał jej od mo- narchy, który nie mająo nic wspólnego z dawnym porząd- kiem rzeczy, do nowego musiał zmierzać, żeby na nim oprzeó panowanie swoje i swoich następców.

„Cóż w takich stosunkach miała robić Polska, której na przetworzeniu karty Europy zależało i zależy najwięcej? jak się miała zachować? czy stan jej wewnętrzny uprawniał do nadziei, że w danym razie potrafi wpłynąć korzystnie na swoje losy? a jeżeli nie, to jaką drogą, jakiemi sposoby dojść może do tego stanu, który pozwala narodom objawić swoją wolę i prze prowadzić ją? pytania te nasuwały się same nmy- Błom myślącym i patryotyeznym, i oneto daty początek wy-

ilawnictwu o którem mówimy. Znać Polskę i dać jej posna6 siebie samą^ aieby mogła doktadaie obliczyć swoje duchowe i materj'aine eily, aby się przekonała wiele i czego jej nie dostuje do warunków odrodzenia, to byl środek upominad o poprawę i postęp, to byl cel pisma. W kraju przedsię- wzięcie takie udać się nie mogło, uietylko ze względów cen- zurowych i policyjnych, ale i dlatego, chociażby tamte nie były istniały, że pismo krajowe wychodząc w jednej części Polski, nie może tak dobrze i w każdej chwili objąć całości patrzy przeilewszystkiem na stosunki i potrzeby tej pro- wincyi w której wychodzi, nie może zarówno strtedz inte- resów wszystkich. Pismo emigracyjne jest pod tym wzglę- dem w położeniu daleko korzystniejszem ; nie należąc do żadnej wyłącznie prowincyi, łatwiej może zachować równo- wagę pomiędzy wszystkiemi i miejscowe ich sprawy odno- sić zawsze do szerokiej sprawy ogółu; jakkolwiek odda- lone od kraju, może ono przecież swobodniej się znosić z każdą jego częścią, uiż części te pomiędzy sobą; stoją zai w samym środku europejskiego życia, musi korzystać wiele z tego potężnego mcliu umysłowego, literackiego i po- litycznego, jwśród którego żyje, a o kaidorazowym stosunku sprawy polskiej do ogólnej europejskiej polityki, sądzić może trafniej i % większą znajomością rzeczy, jak organa opinii krajowej. To też w chwili, kiedy zdawało się, że wszystkie wielkie bezprawia tego świata wejdą prędzej lub później w bezpośrednią styczność z polityką, pismo takie, obej- mujące ogól ziem polskich, wytykające słabe strony każdej 7, nich, i obliczające jak każda o B|)rawie ogóhiej pamięla i o ile naprzód posuwa, mogło zdawać się potężnym i sku- tecznym środkiem działania, a zatem pracą obowiązkową.

„Podjęło to grono ludzi, ktróre wyszedłszy na ttila- «two po roku 1831, w miarę sił ubywających nowemi zasi- lane, zawiedzione sto razy w nadziejach, pojone sto razy go- ryczą, wśród Kawodów i porażek, wśród szyderstw i potwarzy, nigdy na chwilę nie ustało w pracy, ale przez lat trzydzieści bez wytchnienia pracowało ile mogło, „szukając nieprzyjaciół

nieprzyjacielowi awemn" szukając ich w królewskicb pa- łacach i w chacie półdzikiego Bułgara, w żołnierskich szere- gach i w wielkich dziennikach francnskich tub angielskich, w klasztornych celach i w parlamentach, nad Bosforem i nad Sundem, wszędzie, ^zie ich się domyślać kazał ich interes lub zacne uczucie.

„Nie możemy zapuszczać się w obszerne i szczegółowe sprawozdanie. Cztery tomy rozpraw najrozmaitszej treści, a po większej części krótkich, wymykają się, jak kaidy łatwo pojmie, z pod azezegótowego rozbioru ; iść za redakcyą krok w krok i każde jej alowo z osobna ważyć i sądzić, moinaby jedynie w czterech Łomach równej niemal objętości; komen- tarza takiego niktby nie chciał czytać, skoro za tensam czas mógłby z prawdziwym pożytkiem i przyjemnością obeznat^ się z dziełem samem. Musimy zatem mówić o Wiadomościach ogólnie, dzieląc co najwięcej traktowane w nich przedmioty na pewne kategorye i pomijając {z żalem) wiele pięknych i doskonałych prac, ogólny mieć tylko na uwadze kierunek.

„Rzeczą jest znaną i uznaną powszechnie, że pismo pe- ryodyczne, choć z natury swojej najdalsze od tych utworów Indzklego ducha, które zowiemy dziełami sztoki, może prze- cież i powinno mieć swoją harmonię, swoją organiczną, i jeżeli wolno powiedzieć, artystyczną całość. Im więcej tej bamionii, tern lepszem będzie pismo. Nie polega ona oczy- wiście w zewnętrznych zaletach , ani nawet w wewnętrznej budowie i dobrej proporcyi pojedynczych części lub oddzia- łów tego pisma, ale w tern raczej, żeby wszystko co pismo to podaje, z jednej płynęło myśli i jednym duchem natchnione, do jednego zmierzało celu. Cel praktyczny, tendeneya, jest istotą każdego dziennika i racyą jego bytn; wszysiko, eo z niego wychodzi i przez niego się rozchodzi, powinno słu- żyć jednej zasadzie, dążyć w tynisamym kierunku, krzewić tesame przekonania. Jak w wojnie żołnierz pieszy i ułan, artylerzysta i inżynier, każdy inną bronią za lęsamą wałczy sprawę i jak jeden drugiego wspiera, tak w piśmie, którego idakcya nie jest przypadkowym zbiorem Inźnjeh indywi-

^nów, ale gronem Indzi przejętych jedną my6Ią, połączonych jedną miłością i jedną zaB&dą, artyknłr polityczne, literackie, obyczajowe, ekonomiczne, choć różne przedmiotem, zukresem i sjKiBohem dzi^ania, działać przecież będą razem i każdy pozna po nieb, że z jednego stanonigka pisane, na jeden i tensam obrachowane skutek , że sobie wzajemnie poma- cają, a wszystkie razem jedną popierają dążność i zasadę. „Takiej harmonii, takiej zgodności i jednolitości iny&li, przy wielkiej rozmaitości przedmiotów, Wiadomości naj- świetniejszym jaki znaray przykładem w dziennikarstwie, nietylko polakiem, ale enropejskieni. Zaleta to dla publicy- stów jwlskiełt (mówimy o znakomitycli) łatwiejsza do osiąg- nięcia, niżeli illa innych: bo im cel większy, a im dalszy także, im większe potrzeby, a im zadośćuczynienie trudniej- sze, im gwałtowniejsze zte a im rzadsze i słabsze stwsołty ratunku, tern teudencya owa występować musi energiczniej, tem częściej. lem natjirczywiej. Dzienniki zagraniczne niogą czasem wypocząć w otn-onie i dać spocząć czytelnikom; a nas jest pericnlum in mora, u nas czego się dziś nie obroni, z tem fntro trzeba pożegnać się nazawsze; a do tego nie o tryumf stronnictw i doktryn u nas idzie , ale o esystencyę, o przyszłość, o życie. W takich stosunkach to zbliżenie i ta solidarność u piszących, ta jednolitość i zgodność w ich pracach staje się pod naciskiem okoliczności łatwiejszą, niżby była w szczęśliwsżem i>ołożeniu. Nie dziwujemy jej się też wcale, ale tylko konstatujemy, że w całych tych czterech tomach niema jednego, choćby najdrobniejszego artykułu, któryby się wyłamywał z pod tej ogólnej harmonii, ktdryby w swoim zakresie nie slnżyl do tegosamego celu, któryby nie był na- tchniony tąsanią patryotyczną myślą; a czy oddają cześ<S rzeszowskiemu włościaninowi Maciągowi i jego szlachetnym zapisom dla młodzieży, czy piętnują ofiarę hr. Tyszkiewicza dla cara, czy mówią o zabawach czy o korespoudeneyach dzienników, o stosunkach kościelnych czy ekonomicznych, o ulotnych pisemkach czy o najpoważniejszych dziełach, zawsze do wszystkiego i wszystkich przykładają Wiadomości jedne

[ tęsamą miarę uiiytecznośei dla sprawy, a to jedno mając criterivm, podług i]ieg:o bezstronnie, sine acceptione perso- narum, ehwiilą, ganią i sądzą, i tego criterium trzymają się wiernie przez lat eztery, nie zbaczając od niego aui na «Iiwilę, ani na jeduc linię, tak, że istotnie zdawaćby się mogło że wszystko co one zawierają wyszło z jednego umysłu, 7. jednego serca, z pod jednej ręki; i nie wahamy się powiedzieć, że niema w tycli czterecłi tomacb ani jednego artykułu, choćby się w kilkunastu wierszach r-amykał, któ- ryby nie niial takiej patryotycznej teudencyi i takiej patryo- tycznej wartości.

„A teran wielkiemn i rzadkiemu uczuciu obowiązku, które nigdy nie usypia i nie słabnie, towarzyszy równie cenna i może równie rzadka znajomość Polski w najszerszem tego słowa znaczeniu, to jest, znajomość jej wewnętrznego i zewnętrznego stanu i jej interesu. Z pierwszej płyną wszystkie rady, wszystkie nauki, upomnienia i nagany; z drugiej pew- ne axiomata polityki polskiej, litórych się Wiadoiności trzy- mają i które chcą wprowadzić w świadomość całego kraju.

„Z rokiem 1859 zmienia się stan rzeczy w Polsce, Owe przeczucia o polityce napoleońskiej , o których mówiliśmy wyiej, znajdują faktyczne potwierdzenie w wojnie włoskiej. Wojna o niepodległość jednego narodu, wojna dla idei, krok to zdawał się ogromny ku owemu przeobrażeniu Europy, ku odrodzeniu jej w duchu sprawiedliwości. Musiała wojna ta znaleść odgłos i w polskich sercach, musiała wydać się zwy- cięstwem w zasadzie sprawy polskiej. Tak też pojmują Wiadomoici, „Placem boju" mówią one w prześlicznym ar- tykule o Wojnie Włoskiej, Jakkolwiek ciasne granice chciano „i nmianolty tej wojnie nadawać, placem boju będisie zawsze „wielki świat cbrześciański, i jeśli nie o ziemię, to o duszę „Polaki zawsze ta wojna potrąci. Bo duszą Polski jest spra- „wiedliwość i prawo; gdziekolwiek one stają do boju, duch „Polski jest 7. nimi, i o nas choó bez nas głosi wszelka „myśl szlachetna, wszelkie słowo twórcze, w paktach Europy „objawione,"

fi

G4

„Ale obok tych korzyści jest i niebezpieczeństwo. Postęp tak zoakomity, może umysłom lekkim a gorącym wydać się zwycięstwem samem; gotowe one wziąć kwiat za dojrzały b owoc i sięgnąć poń ręką nierozważną i pośpieszną, i zerwać

przed czasem to, co jest dopiero nadzieją, zawiązkiem owocu. Fakta dowiodły, że niebezpieczeństwo to urojonem nie było, a wpływ wojny włoskiej na spieszny rozwój wypadków w Królestwie Polskiem był niezaprzeczony i każdemu z nas znany z doświadczenia. Przed tem więc niebezpieczeństwem, przed tem złudzeniem, przed tym pośpiechem przestrzegają Wiadomości od tej chwili do końca swojego istnienia, który przypada na koniec roku 1860. Wojna z Rosyą będzie dopiero koroną dzieła, nagrodą trudu i wytrwałości; rachu- nek z sobą, trzeźwe ocenienie własnych sił, przygotowanie nie powstanie, myśl o sile, nie o wojnie, i wyrabianie tej siły cierpliwością, rozumem, spokojem^ to obowiązek Polski. „Pa- „miętajmy, że jeżeli Piemont teraz cały świat zajmuje, to dla- „tego, że przez dziesięć lat sobą się tylko zajmował, kiedy „świat zdawał się o nim zapominać, i że dopiero wskutek „pielęgnowanej wewnątrz siły przyszła mu pomoc z zewnątrz." W tym duchu przemawiają Wiadomości stale i niezmiennie, a tem silniej, tem wymowniej, im groźniejszem stawało się położenie, które zrazu przewidywane tylko nie wymagało nic prócz przestrogi, a które później wyraźne i rzeczywiste, po- trzebować zaczęło gróźb, próśb, zaklęć, dowodów, łez i gro- mów. Coraz widoczniej bowiem rozchodzić się zaczęło dzia- łanie Pdaków w dwa przeciwne kierunki. Jedni, licząc się ściśle i trzeźwo z siłami, radzili czekać, czekać choćby naj- dłużej, ażby Polska wzmogła się w sobie, a Rosya w skutku sprawy wschodniej (lub innej) stanąć musiała do boju z całą Europą; drudzy, którzy rączy do czynu a pochopni do władzy, wmawiali w siebie, że z dwudziestomiliouowego ludu łatwo wyciągną milionową armię, i upojeni odurzającem farcb da 86, które u Włochów nawet było tylko przechwałką nie godną wielkiego narodu, przez konspiracye i organizacye doprowadzili prosto do roku 1863 i jego skutków. Pierw-

sego kierunku uikt w całej Polsce nie broni! dKielniej ani Tłdważniej, jak Wiadomości.

„Wierzą one, że odrodzenie Polski prayjśii moie tylko przez wpływ i ponioe cywilizowanej Europy, na jej równie jak na naszą korzyść; ałe widzą i uczą zarazem, że atau się ono musi nie przez zewnęti^zne tylko działania, ale przez na- Bzą własną pracę. Wlasnenii silami żaden naród podbity uie Btoezy nigdy pomyślnej wojny z nieprzyjacielem, mającym na rozkazy wszystkie środki uorganizowanego państwa ; ale żaden też nie dźwignie się bez użycia sil wlasnyeli, a użyć ich może wtedy dopiero, jeżeli je naprzód pomnoży i dobrze wyćwiczy. Z tego stanowiska wychodząc, w interesie zmartwychwstania Polski, uie przypuszczają Wiadomości powstań; bo wiedzą, że gdzie niema armii ani skarbu, tam wojny zwycięskiej być nie może ; wiedza , że koospiracye i organizacye dostar- czają wielu wprawdzie jenerałów, ale nic dostarczają ani jednego żołnierza, i że rewolucyjna propaganda może wy- wołać rozmaite ruchy, ale nie ruchy powstańcze i narodowe. Walczą więc z teoryą własnych sił naprzód, a nastęjmic; z konspiracyą. ■Ziazti walka ta jest zaledwie przestrogą przed złem nieprawdopodobnem, a w najgorszym razie dalekiem; zaczynają artykuł z roku 1857 pod napisem: „Nasze zada- nia i uchybienia"; ale niebawem zle się przybliża, niebez- pieczeństwo przybiera kształty wyraźniejsze i rzeczywiatsze rok IHb^ i wojna włoska jak z jednej strony działa dobro- czynnie Ul niród i posielni na spnwę tak z drugiej |irzy- nosi niel e?! lecznc zlul/en a i zgub e ubilowania. l'omiędzy krajem a z igrinica zaczynają się coia/ częstsze stosunki, przejazh polrozt, i tak znaiL. nissje z różnych emigra- cyjnych uftcyn włcholzi i miiczkieni lozchodzą się po kraju różne peryodyczne i uieperyodyczne pisemka, pełne odezw, obietnic, nadziei i planów; młodzież tak zwana gorąca, coraz gęściej pielgrzymuje do Paryża i Londynu, coraz nabożniej słucha apostołów ruchu, proroków polskiego farA da se; symptomy coraz częstsze i coraz groźniejsze; zachcianki po- wstania, a raczej prowadzenia tego powstania, coraz widocz-

iiiejsze. Więc miałaiby Polska w chwili właśnie, gdy atai Eurojiy coraz bardziej zbliża się do wielkiej katastrofy, w któ rej ona odegrać nioie tak wielką i stanowczą rolę, w ebwili, kiedy coraz bliżej do wielkiej wojny europejskiej, i do zba^ wienia, powstaniem nieprzygotowanem, głąbem, tlluzyjnen] Hama cofnąć i popsnć swoją sprawę? miałażby nie nauczona (loświadezeniem z roku 1831, 1846 i 1848 nie wiedzieć, żt chwilę swoją upatrywać powinna, i zrzec się dobrowolnie tych warnuków zwycięstwa, które jej owa chwila, niedaleka, z pewnością przyniesie? mialażby narazić się na to, że kied; z czasem owa chwila nadejdzie, otia z niej skorzystać nit '/.dola? Mieliżby jcj synowie Jesneze nie wiedzieć, że nie go dzi się Polski na niepewne narażać, i że każde powstanie nieudane, Jest nowym szczeblem nie z grobu, ale do grobu że ducha nie budid, ale itabija; że siły marnuje, nie pomno' ?,a? Widząc sprawę na takiej pochyłości, rzucają się Wia domoici do ratunku. Jakiej tylko broni nżyć może pisarz taka tam jest użytą, ażeby bałamucących i obałamnconycl zmusić do czekania. Rozumowanie i nczacie, zapał i arga mentacya, prośba i dowcip, przykłady obcych i własne do- świadczenie, ironia i zaklęcie, miłość i zgroza, wszystko tan mówi: „czekać," a mówi tak wymownie, tak serdecznie, tab rzewnie, tak strasznie, że dziś jeszcze, zwłaszcza dziś, sercf się krwawi czytając.

„Jako ważny objaw ^yciaiducba publicznego w kraju zajmuje dziennikarstwo polskie obszerne miejsce w Wia domościach. Stanowisko Jego, pośrednie niejako pomięds} polityką czynną a literaturą, działanie jego nieustanne po tlobne do działania kropli wody na kamień, nadaje mu w ka2 dym razie wielkie znaczenie i wpływ, wedle ducha w jakim działa, dobry lub szkodliwy. Tak jak dziennikarstwo sn mienne, rozumne i patryotyczne, może w rozmaitych kieruii' kach służyć sprawie publicznej; jak się mote przyczynić dc wyrobienia i rozszerzenia zasad prawdziwej polityki narodo wej; Jak może utrzymywać, krzepić i krzewić zdrową opinię jak może swoim sposobem naprawiać uiejedno złe społecziu

lub niejedne towarzyskie Darowy i przywary; jak i pośrednio wprawdzie ale nie bezskutecznie, popierać mote rozwój dobrego sadu i dobrego smaku w raeozacL literatury lub sztuki; tak znowu dziennikarstwo lekkomyślne i płoche, albo pooblebiąiące , albo spekulacyjne, albo zawistne, może wykrzywić pojęcia polityczne, bałamucić opinię, tumanić su- mienia, literaturę fałszywym sądem prowadzić na fałszywa drogi, słowem, przynosić narodowi nieobliczone i wielorakie szkody. Daje też pismo emigracyjne pilną baczność na kra- jowych BwoicL kolegów, a ilekroć zdarzy się któremu zbo- czyć w jakimkolwiek kierunku, przeoczyć jaki obowiązek, poUażać lub sprzyjać jakimkolwiek złym nałogom publicz- ności, natychmiast, w imię dobra publicznego, przywołanym zostaje do porządku. Niema w tem żadnej polemiki, a zby- tecznie byłoby mówić, że niema współzawodnictwa z dzien- nikami; są tylko sprawozdania, a gdzie potrzeba krytyka ich kiemaku, przy zupełnem i sprawiedliwem uwzglęitnienin tych trudności, z któremi łamać się muszą pisma wyciiodzące pod surową i nieprzyjazną cenaurą.

„Jeżeli w polityce jeden głównie zarzut, w owym czasie słuszny, robią Wiadomo^ dziennikom krajowym, zarzut nieoględności, łatwowierności względem Rosyi, a niewytlóma- czouej i nieroztropnej jakiejś niechęci do Zachodu, z którym związek, jak zawsze, jest warunkiem utrzymania eywilizacyi i tradyeyi narodowej, tak w przyszłości musi być warunkiem i środkiem narodowego odrodzenia; to pod względem lite- rackim, artystycznym, obyczajowym, zarzuty o wiele licz- niejsze. Spadają one na tych korespondentów zagrauicznycłi, którzy albo bawią publiczność polską brukowemi plotkami, albo wyrokują dogmatycznie o wielkiej polityce, którą znają z kawiarni; na korespondentów krajowych, którzy zamiast <j moralnym, umysłowym, materyalnym stanie swojego po- wiatu, zamiast o przebiegu sprawy włościańskiej, zamiast o zasługach lub usterkach obywatelstwa, donoszą o balach i kuligacb; na redakcye wreszcie (głównie ua redakcye dzienników warszawskich), że schlebiają panującemu wówczas

delirium artigticum i same szczepią i ro/,no8Zą iiiebez piecKtią chorobę. Na kieriiuek tak fałszywy obiirzii się w Wia liomoiciach i polskie i artystyczne uczucie, i instynkt sztiik i instynkt obowiązku. „Z tym fałszywym kierunkiem, niby a naprawdę antiartyatycznym, z krytyką równie nieumie jętną jak pozbawioną najczęściej nawet zdrowego w rzeczacl sztuki instynktu, prowadzą Wiadomości systematyczną kampa nię, w której liczne podjazdowe ntarczki grupują 6ię natnralnii około walnej i stanowczej akcyi, którą jest najwięcej możi znany i rozpowszecboiony artykuł o „Sztuce Polskiej." ')

„Krytyka literacka Wiadomości jeai tego rodzaju, ż( z żyjących naszycb pisarzy-krytyków, dwóch tylko, p, Lneyai Siemieuski i p. Małecki, stauąó może śmiało obok krytykóv paryskiego pisma. Przyzna nam to kaidy, kto przeczyta roz biór Krewnych Korzeniowskiego, Metamorfoz p. Kraezew skiego lub Gladiatorów Lenartowicza. Co tam za głęboki znajomość zadań i warnnków powieści lub poezyi; co za de likatne ocenienie natury i właściwości kaidego z pisarzy; ot za uznaniu zalet każdego utworu obok zawsze słusznych nigdy uprzedzonych zarzutów! Ze stanowiska czysto-literac kiego, jestto krytyka poważna, wysoka i uczona; ale że tak jak poe?.ya i literatura w ogóle nie same tylko estetyczni ma w Polsce zadania, tak krytyku nie same tylko arty styczne wymagania stawiać może i powinna, więc ten jeszczi wzgląd ważny podnieść nam wypada, ie krytyka Wiado mości umić spełniać zarówno estetyczne jak i patryotyczm swoje obowiązki, że ani jednych, ani drugich z oka nie spnsz cza, że jednym jak drugim odpowiada w zupełności, i i.i cokolwiek sądzi, sądzi zawsze z artystycznego lub nauko wego, z obywatelskiego i polskiego stanowiska."

^J Niespodziewany i wielki postęp, jaki od tego czjtsu nasta u nas w Sztuce, zaprzecza tylko przewidywaniom autor pomionionego artykułu, ale nie znosi prawdy w jego poję ciach czy o sztuce jako takiej, czy o jej stosunku do in nych kierunków życia: ani świetności artykułu samego.

w streszczanie, a choćby tylko wymienienie celniej- szycli artykniów, wdawać się tu Die możemy ; w przypiskach podamy spis artykułów przez Kalinkę spisanyc}), tak jak on sam w jednym exemp]arzn Roczników Polskich oznaczył. Nie da się to wszakże zrobić z dokładnością zupełną , bo artykuły WiadomoSci nie były podplsywnoe, a po latach wielu pamięć najwierniejsza moie się w niejakim szczególe pomylić; i sam świadek klasyczny w tej sprawie Kalinka, nie mógt być pewnym, czy każdy (drobny i mniej ważny) artykuł właści- wemu aulorowi przypisze. Co wszakże pewne, to, że prowa- dzenie pisma spoczywało w wielkiej części na Kalince. On nkladał numera, on wskazywał kwestye które powinny być obrobione; ou upatrywał właściwych do ka;^dej kwestyi lu- dzi; ou każdego autora pilnował żeby był gotów na czas. Wszechstronności i żywotności pisma peryodycznego nikt le- piej od niego uie umiał przestrzegać, nikt nie rozumiał lepiej na czem ona zawisła.

Co dziwna, to że on, później tak niezmiernie czuły na czystość języka i poprawność stylu, w łych latach znosił jego potoezność zbyteczuą, powszedniość, prawie niedbałość, które raziły wykwintny zmysł artystyczny Klaczki. Niezwykłą swoją piękność pod tym względem zawdzięczały Wiadomości temu, nie Kalince.

Z artykułów jego [ńóra spotykamy naprzód w pierw- szym roku mały, ładny i mądry, o Zolach, Polaków na Za- chód, bardzo znaczący jako pierwsza krytyka polskich opinij, npodobań i zwyczajów, W emigracyi wywołał ou pewne zdzi- wienie i wrażenie, ale nie niekorzystne. Gniewano się trochę, ale czytano i zastiiuawiann się więcej. Uwaga była zwrócona na pismo; utwierdziła doskonała, niebawem ogłoszona druga praca Kalinki Liaty o Królestwie. Po tych Listach na- stępuje znowu Kalinki mały artykuł o Naszych zadaniach i uchybieniach i dalej jego zawsze Liaty o Rusi,

Rok pierwszy wiódł się szczęśliwie; zjednał pismu po- wagę, a nawet pewną popularność w emigracji, Nie tyle może skutkiem artykułów Kalinki, ile skutkiem świetnych.

olśniewającyeb artykulńw Kluczki, które podobały się bardjto, zwłaszcza kiedy uderzały gwaltowuie, jak na Korzeniow- skiego uaprzyklad, z powodu Krewnych. Ale ta wzictość nie trwała długo; znikła ju* w drogim roku. Ten drugi zawiera- więcej artykułów Kalinki. Rozpoczyna go Rząd Roayjaki (podzielony na cztery rozdziały : o Radzie pańgtwa, o władzy iniperatorskiej , o powodacli podniesienia sprawy włościań- skiej i o polityce zagranicznej), a |)rawie zamyka drugi : Po- lityka rnsyjaka w Polsce, obejmujący sprawy grninne, pod- dai'icze, kościelne, i wreszcie stosunek narodu , rządu i sa- mego Alesandra U do Polski. Między te zań dwa obszerne i zasadnicze, historycznego nawet znaczenia i wagi, wcliodzi liczba dość znaczna artykułów mniejszycłi na rozmiar, nie zawsze mniej ważnych. Ładne wspomnienie pośmiertne Re- szyda-Paszy szlaclietnego sprzymierzeńca: Przewodnik Polski w Paryżu, który przyjezdnego a ciekawego clice uczyć, że powinien poznać w Paryża nie to tylko co świetne, ale i to co święte, żeby naśladował jak do domu wróci : a więc różnego rodzaju zakłady uiifosicrne francuskie. I to był ten pierwszy kamień obrazy, na któiym i)adła popalarność Wiadomoici. Wiemy już, że redaktorowie usposobieni byli bardzo religij- gijnie, a pod wrażeniem takiej przegranej, jak pokój paryski, nieledwie mistycznie. Kalinka, coraz więcej przywiązany do Kościoła, wtajemniczony (przez Francuzów takich jak ks. Lescoeur i Horacy Delaroche) we wszystkie kierunki i dzieła życia katolickiego, zdumiony i wzruszony niemi do głębi duszy, napisał ten artykuł, który dał hasło i początek do wielkiego krzyku oburzenia na Wiadomości, jako na organ niegodziwy obskurantyzmu i jezuityzmu, dla ducha narodowego wielce niebezjiieczny. Zbawiennem antidotum dla tego ducha, którego pod złym wpływem nie godziło się zostawiać, miał być postępowy Przegląd Rzeczy Polskich, pod redakcyą Se- weryna El ża newskiego. A kiedy w rokii następnym Klaczko ogłosił Katechizm Nierycerski, Wiadomoici zostały już ZU- |ieinie wyklęte przez postępową i gorącą opinię.

Polska pod trzema oheemi rządami, która otwiera rocz- nik trzeci, iiależy, zdaniem naszem, do oelDieJBzycłi piam Kalinki, tak celaych, ie choć z jednego ustępu, z zakoń- czenia chcemy czytelnikowi dać poznać ducha i rozum Wiadomości, i tego artykułu, który dziś-jak wtedy powi- nien być programem wszystkich i praktycznym poradnikiem każdego.

„Do walki moralnej i duchowej, trzeba moraloego wy- robienia i duchowej siły, i oc/.yBzezenia. Pierwszym do niej warunkiem jest wzmocnienie w nas wiary religijnej, która jako Boska, uzdalnia do wszystkiego eo wzninsle i zacne, i stanowi nadto ceclię i moe narodowości naszej. Lecz dżwig- nienie wiary bez gorliwego, przykładnego i oświeconego du- chowieństwa, byłoby nader trudnera zadaniem. Ku utworze- niu takowego, wszelkie krajowe starania zwrócić się powinny. Niech zacniejsze, zamożniejsze w kraju rodziny nie skąpią dla Kościoła synów swoicb, prawdziwe objawiających po- wołanie, niecił z niem nie walczą, gdy się takowe okazuje; niech im właściwej nauki w kraju lub za granicą dostar- czają. Niech stan duchowny ujrzy się otoczony uszanowaniem, ufnością jakie go w dawnych czadach wspierało, a to po- parcie stanie się zachętą do przystępywania do tego4 stanu. Poznańskie odznacza się światłem, gorliwem duchowieństwem, które od mieszkańców doznaje poważania i pomocy. Niechże ten przykład z jednej części kraju, i w innych naśladowanie znajdzie.

„Dokładne i zdrowe pojęcie obowiązków szlachty i wła- ścicieli polskich w stosunkach z ludem, jest dla sprawy ogól- nej naj ważni ejszem zadaniem. Innego one rodzaju tam, gdzie lud już posiada ziemię i z zależności dawnych panów zupełnie wyszedł; innego lam, gdzie dzieło nsamowoliiienia w tym właśnie czasie jest do przeprowadzenia. Wszędzie jednak taźsama myśl w postępowaniu przewodniczyć powinna, że tylko w związkn z Indem wyi^sze społeczeńskie klasy stanowią naród, lub utworzyć go mogą, i że tylko tam, jak ( widzimy w Anglii, niepodległość narodowa i prawdziwa

wolność nstaliły się, gdzie te wyższe klasy, gdzie szlachta, obiony ludu i opielti nad nim nigdy się nie wyrzekły.

„Jednem z niebezpieczeństw istotnych, sprawie ogólnej grożących, jest zprowincyonalizowanie rozerwanych części dawnej całości. Jeżeli w myśli naszej zacierać się zacznie pojęcie całej ojczyzny, jeżeli ona przestanie stawać nam na oczy w wyraźnej postaci, a przeistoczy się tylko we wspom- nienie, w marzenie wieszczów, w jakiś cień poetyczny: po- zostając jeszcze Polakami, już dla Polski pracować przesta- niem i dźwignąć jej nie zdołanjy. Skłonność do patryotyzmu prowincyiinalnego, do działania może użytecznego, lecz oder- wanego, zajmowanie się wylączue uiiejscowemi sprawami, a ohojętność na potrzeby bratnich prowincyj, dają się w tym czasie spostrzegać. Ta dążność upowszechniająca się, jest na- stępstwem wyrobionego przekonania o niemożności podnie- aienia jego mocy wewnętrznej i znaczenia, razem z ziemią, z mieszkańcami, ze wszystkiemi żywotnemi i twórczemi sila- mi. Jeżeli odstąpienie od dawniejszego kiernnkn, który tyle nieszczęść na kraj sprowadził, jest wielce pocieszaj ącem, za- pnszczenie się w drugi, bez żadnego oglądania się naokół, nie jest także bez niebezpieczeństwa. Przestawszy być rewo- lucyouistami, nie dobijajmy się o stanowisko, jakie Kurland- czyki i Finlaudczyki w państwie rosyjskiem zajmują. Nie myślmy o rewolucyi, myślmy zawsze o Polsce.

„Jednym ze skutków tego zatopienia się w patryotyzmie prowincyonalnym, jest błędne pnjęcie sprawy ogólnej, a więc mylenie się we wskazaniu najniebezpieczniejszego z jej nieprzyjaciół. Kto utrzymał silne i czyste sumienie polskie, tego instynkt zachowawczy ostrzega, że największe niebez- pieczeństwo zawsze nam z północy zagraża. W narodowej politycznej wierze, panslawizm jako herezyą na potępienie skazać należy. Nie godzi się go nżywać nawet jako środka do oddalonych a niepewnych celów. Kto się grzechem po- sługuje, prędzej czy później sługą grzechu zostaje.

„Jeżeli nas zg^nbily an:ircliia, lenistwo, dworskość, jeżeli póiniej chorobliwe rozmarzenie utrzymało nas w niemocy i

wyznio z hartn duszy, tylko przeciwne tym wadom przy- mioty dźwignąć naród mogą. Serca nasze nie ostygły jeszcze, lecz w uczuciach naszych naleiy pewny lad i sfornośii za- prowadzić. Ezuciws/.y okiem na to, en się dzieje w Europie, widzimy nie w jednym jej zakątku pewną dojrzałość poli- tyczną, wiodącą do zhawiennej jedności. Dali jej nam świeży przykład dawni holdownicy nasi, powołani przen Europę do objawienia swych potrzeb i życzeń. Czyż Poldjia nie byłaby zdolna takiej cnoty, na jaką się MuHnny i Woloszczyzua zdobyły? Jednakże żąd;inie jednomyślności w dnisiejszym Btanie narodu, byłoby tylko niepodobnem do umęczy wietnie- nia marzeniem. Do porozumienia się i zgody trwalej, zwykle dochodzi się po walce; zwycięstwo tej etronte zapewnione, która większą działalność rozwinie, silniejszą organiitacyę zaprowadzi, do więlcszej odwagi i wytrwałości zdolną będzie. Do prowadzenia tej wałki, pozl)ycie się lenistwa, zachowanie niepodległości, żadnemi podrzędnenii wpływami nie zachwia- nej, jest koniecznym warunkiem.

„Pracy w żadnym zawodzie nie zaniedbujmy. Starania około podniesienia bytu materyalnego kraju i pojedynczego mienia pochwalajmy, wspierajmy i naśladujmy; lecz uważa- żając poszukiwaną zamożność nie jako cel, lecz jako środek, środek zapewniający niezależność osobistą i ułatwiający moż- ność łożenia ofiar. Zbrójmy się w odwagę świadczenia prawdy użytecznej zawsze i wszędzie, a więc w to rzadkie u nas męstwo objanienia pi^zekonań przeciwnych hałaśliwym i łatwy obieg zyskującym wyobrażeniom. Jeżeli jaką naukę za zgubną uważamy, walczmy z nią bez złożenia broni.

„Nad miodem pokoleniem rozciągajmy straż pilną, wa- lajmy na nie, zaklinajmy, aby w kraju uzdalniało się do służby w sprawie narodowej; za krajem, aby miodem po- chlebstwa zaprawn3'cli łakoci, często dziwnie ckliwych, do ust nie przyjmowało i ponętę zdradnych nauk odpychało ze wstrętem. Niech w kraju, w którym żyć jest pi'zeznaczoua, zamiast oddawać się próżnowaniu lub wyłącznie zatrudnieniom rolnym, młodzież garnie się do slnżliy publicznej, zachowując

zawsze i cz}'8tość wiary politycznej i godność inoialną. Niech poprzednio nabywszy grantownego polekiegu wykształcenia, tiaposabia się na zdolnycli sług kiajowycli, dla korzyści i pomocy ziomków w obecnym czasie, a ua przyszłość dla użytku wspólnej nam wszystkim ojczyzny. W stosunkach z rządami kniju zachowujmy godność, zacność, bez nieuży- tecznego ich drażnienia, ale też bez godzenia się i bratania z nimi. Niech wiedzą, że ani uprzejmością jałową, ani do- godnościami wyrządzauemi, aui laskami osobom pojedynczym ćwiadczonemi, zjednać nas sobie nie potrafią.

„Tak wyrabiając się i kształcąc, taką drogę postępowa- nia obrawszy, iizdulnim się na rycerzy do owego wielkiego ducLowego bojn, który nam jedynie teraz dozwolony. A tak bój ciągle, wylrwale prowadząc, zmusimy uawet nieprzyja- ciół naszych do pami^>ci o nas, i w dogodnej porze podania nam dłoni, a co najpewniejsza, chućl>y dla opuszczonych od świata, wyblagamy sobie zacnemi czynami zmiłowanie Boże."

Kalinka snm cenił ten artykuł, nawet lubił kiedy ma go było wspominać; kiedy znown Wyznanie Jereja stresz- czenie jakiejś rosyjskiej, bardzo zajmującej książki o schiz- matyckiem dnchowieństwie, podobało mti się może z tych włas- nych mniejszych prac najwięcej; ostatni ustęp tego artyknla pisany był był przez Klaczkę. Klaczki także jest Sprawa wio- ska i Opinia europejska i Konspiracifa i jawne działanie, ale krótki a tak dowcijmy artykuł: Sofiści i młodzież za cza- sów Sokratesa, i Pian konspiracyi i kadrów powstańczych, Kalinki.

W czwartym (ostatnim) rokn życia Wiadomości (1860) wikłały się sprawy tak, ie wybór był coraz trudniejszy, a czDJność coraz potrzebniejsza nad snmienianii i nad kro- kami polskiemi. Wslad za wojną nioską poszła sprawa wła- dzy świeckiej Fapieia, i razem działanie coraz śmielsze kon- spiracyi polskiej. Porozumienie Francyi z Rosyą trwało: ale (w jesieni) odbywał się zjazd trzech monarchów w Warsza- wie. Położenie Galieyi zmieniało się przez dyplom cesarski z październiku. Trzeba było wszystko mieć na oku, o wszyet-

; kiem wiedzieć, wszystkioli przestrzegać. Oto jak to ostatnie I traktowane jest w Wiadomościach*):

„W powolanin zwiększonej Rady państwa (w lecie 1860) widzą one krok do zmian korzystnych; dyplom piiżdzierniko- wy wreszcie witają jako wielki zwrot polityczny, mogący zmie- nić stanowczo politykę a nawet naturę Austryi i losy Galieyi. Następuje potem dymisya hr. Gulucliowskiego; do władzy przy- cbodzi pan Schmerlinfj i przynosi z sobą patent lutowy, ten zar<)d sześcioletnich zatargów z Węgrami i niezadowolenia wszystkich nieniemieekich krajów Austryi, powód ciężkiej nie- ■;mooy państwa. Zwrot ten oceniają Wiadomości ^aMa dlaAustryi ■aamej szkodliwy i niebezpieczny dla jej przyszłości, jako zly idla Galieyi, ale niemniej zły dla monarchii ealej. W ogóle Wia- hmoeci, ehoć nie oszczędzają dawnych austryackieh rządów surowo sądzą politykę którą się one WKgiędem Galieyi powodowały, przecież, w owym nawet czasie ziiehowują wi- doczną i wielką różnicę pomiędzy Rosyą lab Prusami a Au- Stryą. Nieprzyjaiń icb względem Austryi pochodzi z dawnych krzywd Galieyi. ale nie jest zasadniczą aui nieubłaganą ; przed- miotem jej rządy, systemy, polityka, nie państwo samo. W całych czterech tomach, obok wielu gorikich skarg na Au- Btryę, niema ani jednego życzenia jej upadku lub osłabienia, ft WiadomoSei snąć wiedziały, że ze wszystkich państw roz- pbiorowych Austrya pierwsza będzie musiała wystąpić ze świę- tego przymierza, i że Polacy w tejsamej eliwili przestaną widzieć w niej nieprzyjaciela. Polityka więc tego pisma wzglę- dem Austryi jest bardzo oględną, liardzo umiarkowaną, rze- klibyśmy nicledwie życzliwą. Wyrzntów, skarg, nagan wiele, ale nienawiści i zlej woli niema. Dyplom październikowy przyjmują Wiadomoaci ze szczerą radością, widzą w nim tryumf wolności i zapowiedź sprawiedliwości; patent lutowy budzi w nich niepokój i niedowierzanie, ale nie wpływa to na względność i umiarkowanie, które wzięły jakoby za ;:ulc sądów swoich o Austryi i austryackieh stosunkach, a

') „Roczniki Fnlskie," Przegląd Polski 1868.

która wztnag'a &ię i rodnie z każdym rokiem , w miarę jak wypadki podkopywały absolutyzm w Anstryi, i jak slabn^ stopniowo dawny związek pomiędzy nią a Prasami i Roayą. A jak na politykę rządu, tak też baczue zwracają oko Wia- domoiei na zachowanie kraju, któremn świeże zmiany dawały lub przynajmniej zapowiadały większą swobodę działania. Z radością witają kai',dy objaw przebudzoneg^o dacba, a śle- dzić w nieb można z zajęciem, jak inicyatywa kraju nieśmiała, zrazu niepewna, ograniczona do małej liczby ladr.i, wzmaga się coraz burdziej i na coraz donośuiejsze zdobywa się kroki. Zrazu jak żeby na próbę czy istotnie opadły wody policyj- nego potopu, wychodzi skromna prośba uczuiów akademii krakowskiej o zaprowadzenie języka polskiego, i wraca z mniej dobrą wieścią jak gołąb do arki Xoego (jesień 18ó!ł). W kilka miesięcy później, zwołanie zwiększonej Rady pań- stwa, daje już powód do inanitcstacyi szerszej i ogólniejszej; adres do powołanych przez Cesarza trzech radcóiv z Gałlcyi, oceniają Wladomoici jaku mądry i znaczący krok polityczny, Wreszcie w jesieni 1860 r. nadaje Cesarz konstytucyę; z koń- cem tegoż roku zbiera się cały kraj nie wcrfany przez nikogo, i w akcie wielkiej stanowczości i powagi stawia program swoich potrzeb i żądań, a w pierwszych dniach stycznia 1861 składa ten swój program u tronu i wypowiada w nim śmiało, eo uważa za swoje prawo w monarchii. Adres ten hyl wy- mownem zaprzeczeniem tego twierdzenia, więcej rozpowszech- nionego jak uzasadnionego, jakoby w Gahcyi duch polski słal>ł i obumierał. Pokazało się, ze skoro tyłko znalazł moż- ność po temu, umiał się i silnie i roztropnie objawić. Pismo paryskie oceniając ten adres, mówi, że „może to jest na- „grodą daną Gałicyi za wszystko, co przed niedawnemi czasy „ucierpiała, że mogła teraz wystąpić z aktem tak poważnym, „jakiemu podobnego oddawna nie wydala Połska w niewoli; „z jednym z tych rzadkich aktów, co zwracając na nas „uwagę zagranicy, nie był zarazem gońcem nowego dla nas „śmiertelnego ciosu." Adres ten jest zarazem ostatnim fak- tem, jaki Wiadomości n Galicyi zapisują początkom na-

szego iiycia sejmowego, walkom parlamentarny ni naszych posłów w Reiellsracie już one nie lowarityszą; przed otwar- ciem pierwszego sejmu lwowskiego, w oliwili właśnie, kiedy prowincya nasza zaezęla grać rolę ważniejszą i ciekawszą, i kiedy sąd Wiadomości mógł jej byii najpożyteczniejszym, pismo to zakanaueni zostało w Prusiech , a straciwszy przez to wstęp do jednego kąta polskiej ziemi który mu stał otwo- rem, przestało wychodził;."

W sprawie władzy świeckiej będzie to może dziwne dla wielu, co je o moderantyzm oskarżają, oświadczają się Wiadomości stanowczo za władzą świecką; artykuł Papiei i Polska pisany był przez Kalinkę. Wreszcie, Polska w roku 1860, zamknięcie roku, jego polityczny obrachunek, a zara- zem zamknięcie rocznika i pisma, jest wspólną pracą Klaczki i Kalinki.

Czytelnicy Wiadomości znali nierównie więcej Klaczkę, niż Kalinkę. Na artykuły tamtego rzucali się k największym zapałem, tego czytali tylko z zajęoiem i uszanowaniem. Nic dziwnego: Klaczko swoim talentem olśniewał i porywał, cza- rował i wstrząsjił, działał nu uczucie, na fantazyę, na zmysł artystyczny, nawet na zmysł sliiclin. Kalinka spokojniejszy, cichszy, nigdy nerwowy, zawsze sobie równy, zawsze dosko- nale poprawny, wielkim stylistą i wielkim artystą okazał się dopioro w swoich dziełach historycznych. Tam aic dopiero pokazało . że to łalent i pisarz inny, ale nie mniejszy od Klaczki i pisarz, na którego doskonałości nie tak bijącej w oczy nie każdy i nie tak łatwo się pozna. W Wiadomo- ściach niezrównana świetność Katechizmu Nie-Ri/cerskiego, Krewnych, Gladiatorów, Sztuki Polskiej i podobnych, ćmiła niezaprzeczoną wartość i doskonałość Polski pod trzema rzą- dami. Ale pomimo większej świetności, Wiadomości bardziej stały Kalinką niż Klaczką. Oba byli konieczni, oha (dosko- nale z sobą zgodni) byli Wiadomościami; oba razem byli tym wybornym rozumem i politycznym kierunkiem, tym traf- nym zmysłem polskiego interesu i świętym instynktem pol- . skiego honorn, który w ich piśmie świeci najezystszem, uaj-

jaśniejszem i^wiatlem. Ale Klaczko zajmował się Wiadomo- ściami ogólnie, w Wiadovioaciach teiii, co do uiego bezpo- średnio należało; Kalinka wszygtkiein. Wyjątkową świetność wielu artykułów zawdzięczało pismo Klaczce; swoją wyjąt- kową dziennikarską i ]iatryotyezną doskonałość, swoją wszech- stronność, zawdzięczało Kalince.

Na zakończenie mała (smutna) anegdota. Kiedy Revne des deux mondes miała pierwszy raz ogłosić pracę Klaczki (Póhte Anonyme. Styczeń 1862), stary Buloz zdumiony pięk- uością tego co przeczytał, pytał autora, czy był już w jakiem piśmie. Tak: wydawał jedno pismo polskie. Et comhien aviez voits d'abonnis?

Cent.

Cent milM diable!

Non; Cent.

Że, prócz w Wielkopiilsce, wszędiiie były zakazane, to prawda; to tei gdy i tam zakazał je rząd praski, musiały przestać wychodzić. Ale że clioć zakazane w Królestwie i w Galicyi, miały zawsze abonentów zamalo, to pewna, pomimo wszystkich zakaz4^w zamało: i w Wielkopolsce, gdzie miały wstęp wolny, i u nas, gdzie przecież zakazane rzeczy przekradać umiano. Jak dalece były niezuane, jaka była obojętność na rzeczy literackie i dla znakomitych w narodzie ludzi, można powziąć ztąd, że kiedy Klaczko jako poseł, zabrał głos na sejmie we Lwowie (w r. 1870), zdarzało się słyszeć wykrzykniki naiw- nego ale gorszącego zdziwienia, że on mówi tak rozumnie i tak piękną polszczyzną!

Były Wiadomości (w swoich małych rozmiarach) pis- mem pod względem politycznym i literackim tak doskonałem, jak przed niemi czy po nich nie widzimy, które z pism pol- skich byłoby im równe, Ale były one i wielką w naszem życiu nowością, wielkim nabytkiem i zwrotem. Znajomość i czujną kontrolę siebie samych, one pierwsze tak wyraźnie, tak silnie afflrmowaty jako postulat teraźniejszości i waru- nek przyszłości : z Mickiewicza i Krasińskiego wzięły wznio- sły, ohrześciański ideał Polski i Europy, a odrzuciły ideałi-

79

zowanie siebie samych; w polityce, jak w literaturze , dąże- nie do ideału łączyły ze znajomością i z sądem rzeczywi- stości; w jednej, jak w drugiej mówiły prawdę. Że się podobać nie mogły, nic dziwnego ; że na najmędrsze rady ich rozumu i najgorętsze zaklęcia ich miłości ojczyzny zatykano uszy, to pokazało się w bliskiej po nich przyszłości. Nie przydały się; miały garstkę wiernych i przywiązanych, co rozumieli i słuchali, ogół dzielił się na takich co nie znali, takich co nie dbali, i takich co się oburzali naiwnie lub szkalowali przewrotnie. Już w tem dość dla redaktorów smutku, a to tylko jeden z wielu. Czy domyślają się ci bezmyślni albo przewrotni którzy na nich gromy swoje rzucali^ czy zdolni byli pojąć, jaką przebywa mękę człowiek z sercem jak być powinno, kiedy się spostrzega, że jego naród, który on chciałby mieć najlepszym na świecie i uajpierwszym, nie jest nietylko doskonałym, ale nawet tak szlachetnym, jak on so- bie dotąd wyobrażał? że jego ojczyzna, którą kocha nad wszystko w świecie, w przeszłości miała w sobie samej mnó- stwo przyczyn swego upadku, dziś ma ich w sobie mnóstwo, które jej dźwignąć się nie dają? Czy kto wić, jak się zmie- nia świat, jak się dusza rozdziera, w chwili takiego odkry- cia? Odradza się ona zapewne i hartuje, ale co przebywa, co musi wytrzymać? a potem ten obowiązek powiedzenia prawdy surowej, gorzkiej, bolesnej! kto był zmuszony dru- giemu oznajmić nieszczęście, zadać mu cios w samo serce, ten niech spróbuje wyobrazić sobie, ileto kosztuje powie- dzieć swemu narodowi: nie jesteś tam gdzieś myślał, ale dalej, bo nie jesteś taki, jak o sobie myślisz! Prześlado- wanie, jakie się za otwartość znosi, jest niczem w porów- naniu z tamtą boleścią, ale boli przecie i ono. A dopiero strach o przyszłość, a zawód w najdroższych i pewnych pra- wie nadziejach, jak pokój paryski trudno jest zliczyć,

trudno dziś odgadnąć, co przez te lat cztery wytrzymali wy- dawcy Wiadomości.

Bo i dodatkowych przykrości nie brakło. Nieprzyjaciele udaremniali robotę, szkalowali robotników ; swoi, nawet bliscy,

nie bronili i nie pomagali. W niewielkiej licnhie abouetitów wielkopiilskich, gorliwych przyjaciół miały Wiadomości jesaoze mniej. Z liczby najwierniej szych był Kajetan Morawski i Ta- deusz Clilapowski. W Paiyiu samym, u najbliższych chłodna obojętnośti albo otwarte wyrzekanie się Wiadomości i wszel- kich spraw icb. Kaiąię Adam je cenił, chwalił w nich po- prawność i czystość języka, ale goi-ącego poparcia nie dawał pismu, choć na nie ło:iyl. Jego najbliiisse otoczenie trzymało się jeszcze dalej ; serdecznym , gorącym stronnikiem i przy- jacielem Wiadomości był w tern gronie ludzi jenerał Za- moyski jeden, i druga jeszcze osoba, księ^ua Marcelina Czar- toryska, która dzieliła wszy.stkie troski i dążenia redakcyi, a nieraz opieką i przyjaźnią swoją umiała przynieść ulgę w trudach i zmartwieniach.

Nie brakło krzyżów i cierni na tej drodze, a co po- mogło znosić je tak wytrwale? właśnie to dziwne podnie- sieaie serc, to idealne pojęcie slnżby, obowiązku, patryotyzmii, które pod wpływem ostalnich zawodów (foszlo u nich do swego szczytu. Wszysiko zle jakie mogło być w Polsce, dawnej czy dzisiejszej, trzeba wyplewić z niej jak chwast ale najpierwej z siebie samych, bo inaczej nie można drugich uczyć, ani od uicb żądać. A więc zmusić się do cierpliwości, ho Polska była pojiędiiwa; do wytrwałości, bo była niestała; do pokory, bo była zuchwała; do wyzucia się z osobistości, bo ona miłością własną i obra^liwośeią nieraz się gubiła.

„Słowo tylkn, to niai-na połowa

„Arcydzieł iycia. Modlitwa jedyna,

,Co godna Stwórcy, od Lymnu się wszczyna,

„Lecz nie zn.a nozuć i czyniSw rozdziału.

„Co w duszy nosi, to wciela pomaln

„W kształt dotykalny,"

a co w drugich chce poprawiać, to poprawia naprzód w so- bie! Ofiara z miłości własnej, bezosobistość, to było hasło,

przykazanie, które Wiadomości stawiały naprzód sobie. Do jakiego stopnia ona docbodzila, niech da miarę naslępnjący szczegół, choć należący do lat cokolwiek późniejszych. Klaczko napisi^ pierwszą swoją pracę po franciiskn, h Poetę Anonyme, rewelacyę gieniuszu i poezyi Krasińskiego przed cudzoziem- cami; przeznaczał do Rerue des deux viondes. Kalinka wtedy przyszedł do niego i powiedział, że z tej pracy można zrobić użytek daleko lepszy. On, Klaczko, pisarzem francus- kim i tak nie będzie; cóż mu na tym artykule i na sławie u obeych zależy! Ale gdyby pracę ustąpił któremu z Fran- cuzów piszących o Polsce i za Polską, to ten Francuz od- razu miałby zrobione stanowisko i sławę, i wtedy byłby nam nierównie pożyteczniejszy. Klaczko przystał. Żal mn było wyrzec się najpiękniejszej rzeczy jaką był dotąd napisał, najpiękniejszej jaka była i jest o Krasiiiskim; ałe miłością własną gubiła się Polska, oSara z miłości własnej będzie poprawą, exj)iacyą a więc dobrze, zgodził się. Na szcze- ńcie dowiedział się o tym zamiarze Zygmunt Jordan; wpadi w wielki gniew na te przesady, na te niepotrzebne mistyczne ofiary, i kiedy sam nie zdołał tamtych przekonać, wytoczył sprawę przed Zamoyskiego. Ten zmiarkował i wytłóraaczył im, że ofiara zbyteczna, bo aiepotrzeboa; niezdrowa, bo szko- dliwa; że sława, jaką tem pismem zrobi sobie u cudzoziem- ców Klaczko , jest także korzyścią , i większą niżby przy- niosła sława wielkodusznie darowana Francuzowi, Tej inter- wencyi Jordana i Zamoyskiego zawdzięczamy, że jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie kto kiedy o poezyi polskiej napisał, została własnością Polaka, i przez to, choć po fran- cusku pisana, polskiej literatury. Ale teu fakt daje poznać ten stan duszy, wzniosły a cokolwiek mistyczny, w jakim oni żyli; daje też i miarę tej wysokości, do jakiej drugich sa sobą ciągnęli. Wiadomości były doskonalem pismem, ale były fenomenem i wyjątkiem zupełnym pod względem po- jęcia, z jakiem redaktorowie przystępowali do dzieła. To była służba Boża, to było powołanie obowiązujące do wyższej do- skonalszej cnoty, prawie jak powołanie zakonne; kto tym

6

82

sposobem myśl Bożą, prawo Boże, sprawę Bożą, podejmował się krzewić i w życie wprowadzać^ ten sam z siebie wszelki stary kwas musiał wyrzueić. Kto dla swego dzieła chciał I^żej pomocy^ ten musiał na nią zasłożyć; kto chciał pismem robić dobrze a nie szkodzić, ten musiał prosić o światło , o łaskę, o natchnienie. . . kiedy w ważnej jakiej kwestyi ważny artykuł miał być napisany, redaktorowie nie zaczynali go pisać inaczej, jak po spowiedzi i komunii Było i jest wiele pism sławniejszych od skromnych nieznanych Wiadomościy ale wznioślejszego pojęcia publicystycznego zawodu i ot)o- wiązku, enotliwszego jego pełnienia, nie było nigdy i niema.

•j— 7^4 **

IV.

Wojna Krymska i pokój Paryski nie przyniosły żaduej Łorzyści, sposobność oczekiwana od ćwierć wieka przeszła bez skntku ! W gorżkiera rozczarowaniu Polski , a przede- wBzystkiem emigraeyi, górowała nad innem! myśl, że powo- dem tego złego obrotu spraw, była nieznajomość i niezrozu- mienie rzeczy w gabinetach i w opinii Zachodu. G-dyby rząd francuski wiedział lepiej, ile pokojowi świata zalety na tern, żeity Rosyę odgi'odzić od niego czemś coby trzymało na wodzy; gdyby francuski naród wiedział lepiej, jaka jest na- tura i jakie działanie Rosyi, a jaki ucisk tam gdzie ona panuje; gdyby ta opinia zrozumiała, ie ideału prawa i po- koju, wolności i sprawiedliwości, do którego wtedy była przywiązana, nie osiągnie bez złamania i upokorzenia tycłi potęg, które się na bezprawiu i przemocy opierają; gdyby ta opinia sama należycie dawała swemu przekonaniu i żą- daniu wyraz energiczny, rząd francuski nie byłby mógł (jak teraz świeżo na paryskim kongresie) na pierwsze słowo am- basadora rosyjskiego udać, że zamyka oczy i ma za dobre to co się dzieje, a za prawdę co mu mówią. Z tej niezna- jomości i tego niezrozumienia wynika, że jak niegdyś za ks. Talleyranda la question polonaise śtant de ło«tei la plus eminemment enropńenne , tak dziś za Napoleona IH 1'inłeret de la Frapce itant partout oH il'y a une cawse juaU st civi- lisatTice trzeba pozwolić Rosyi robić z Polską, co jej się podoba !

G*

A kiedy nie wiedzą lab wiedzą nie dosyć, ie to jest une cause jvste. civilisatrice i eminemment enropeenne, więc trzeba icb o tern przekonać i to im przypominać, trzeba działać na opinię, żeby nie powtórzyło aię raz jeszcze to, co Bię już nieraz i jeazcze teraz stało.

Działać na opinit; Zachodu? Jak? przez dzienniki i pisma codzień, przez parlamenty czasem. Tak robią wszyscy. Rosya jedne dzienniki sama utrzymuje, a drugim się opłaca; Włocby taksamo. Najgłośniejsze i najineskazitelniejsze organa opinii stoją na żołdzie CaToara, a co najmniej przyjmują od niego subwencyę ; i wszyscy tym sposobem (ale tylko tym) dochodzą do pozyskania sobie opinii francuskiej, do wpływu oa postanowienia francuskiego rządu. Jeżeli sprawa polska ze swojemi zażaleniami i żądaniami , ma znaleźć posłuch i narzucić się opinii Zacbodu, to musi wszystkim większym dziennikom dostarczać primo częstych, ciągłych o sobie wia- domości, aecundo pieniędzy. W tej mierze co Rosya albo Wiochy, oczywiście dawać ich nie może: ale ile może dawać musi, jeżeli chce stanąć i utrzymać się na porządku dziennym.

Z takiego rozumowania wynikła praca, którą nazywano podówczas krótko Biurem. Bylato pewna liczba ludzi z róż- nych części Polski, którzy rozumiejąc poftj^ższą potrzebę, podejmowali się dostarczać wiadomości i korespondencyj, i także dostarczać pieniędzy. Nie byloto bynajnmiej organiza- cyą: żadnych przyrzeczeń, tem mniej przysiąg, żadnych roz- kazów ani posłuszeństwa; żadnej propagandy ani werbowa- nia. Stosunek paryskiego Biura do jego przyjaciół i pomoc- ników w Polsce, stosunek tych do osób dających pieniądze, opierał i ograniczał się jedynie na znajomości, ufności i do- brej woli. Żadnego ukrywania czy nazwisk, czy robót, żad- nego nawet zobowiązania co do cyfr. Każdy przysyłał tyle pie- niędzy, ile ich zebrać potrafił, mniej czy więcej, nikt go o to nie pytał. Nie byloto tembardziej konspiracyą. Wiadomości dowodzą dostatecznie, że w tera gronie ludzi nie było nigdy myśli ani zamiaru ruchawki, owszem był stanowczy przeciw takiej polityce opór, tak silny, jak go nigdy przedtem nikt

i

^5

w Polsce nie widział. Jak wojna bez objekta do którego zmierza, tak konspiracja nie może być bez jakiegoś faktu, który chce wywołać. Tataj nie było ani tego, ani innych nieodłącznych znamion, tajemnicy, organizacyi, posłuszeństwa przynajmniej, jeżeli nie przysięgi i propagandy. Prawda, że tak pojęta i założona rzecz, musiała być ograniczoną na małą stosunkowo liczbę ludzi połączonych wzajemnem zaufaniem, wspólnem przekonaniem, dobrą wolą i uczuciem obowiązku; przy małej zaś liczbie ludzi, nie mogła liczyć na wielkie środki działania. To też prawda : nie były one potężne. A jednak wystarczały na to, żeby przez trzy lata opędzać bardzo znaczne wydatki, i zdołały przez trzy lata sprawy polskie narzucić opinii i uwadze świata i utrzymać je na porządku dziennym, do chwili, kiedy je zepchnął i w zapomnieniu pogrążył nieszczęśliwy spraw tych obrót, któremu już nie ci ludzie byli winni.

Biuro miało bieżące codzienne czynności i ważniejsze ogólne sprawy. Te ostatnie załatwiały się na tygodniowych fiesyach (w środy) pod prezydencyą samego księcia Adama, a po jego śmierci księcia Władysława. W tych uczestniczyli ludzie, którzy swoją powagą i wpływem mieli wstęp zawsze otwarty do sfer rządowych, parlamentarnych, literackich czy dziennikarskich. Oprócz Księcia, jego synów i jenerała Za- moyskiego, oprócz znakomitszych ludzi z kraju, o ile byli w Paryżu, widziało się tam zawsze Teodora Morawskiego i Barzykowskiego, Andrzeja Kożmiana, Ludwika Wołowskiego, który jako Francuz, deputowany, członek Instytutu, pisarz, miał stosunki bardzo rozległe we wszystkich sferach (nie wyjmując nawet rządowych, choć należał do opozycyi). Ka- linka i Klaczko liczyli się do młodszych w tem gronie, a kto od nich był młodszy, ten się już nigdy prawie nie śmiał odezwać. Francuzi, Delaroche albo Rayelet, zabierali głos częściej, bo i śmielsi byli, i jako Francuzi miewali prawie zawsze jakieś do Francuzów polecenia, z których musieli zdawać sprawę; młodzież polska przysłuchiwała się cicho a odzywała się chyba z konieczności albo zapytana. Przedmie-

tern takiej Besyi bywały wiadomości i korę spondeDcye, jakie nadesEly w ciągu tygodnia z krają lub z różnych fltron świata (najczęściej ze Stambułu i Bulgaryi); w razie po- trzeby kroki, jakie w ich skutku należało przedsięwziąć, ia- formacye, jakie należało podać do wiadomości rządu: wywo- łanie w Ciele prawodawczem fraucusktem i w parlamencie angielskim czy to interpellacyi, czy (gdyłiy się dało) wzmianki o Polsce w adresie, i w dalsi^eni następstwie dyskusyi. Często jakieś żądanie, zapytanie, objaśnienie do ministrów albo do samego Cesarza: co ma być zrobionem, przez kogo, w jakiej formie? Równie często lub częściej dyskusya nad tem, co odpowiedzieć na jakieś przychodzące z krajti zapytanie Inb żądanie; czy się da wykonać albo nie? czy (jeżeli żądano rady) doradzać to lub owo jiostanowienie i postępowanie, jak w skutku niespodziewanych jakich zmian i zajść zmie- nić sposób postępowania... Po tygodniu każdy zdawał spra- wę z tego co miał zrobić, a kaidy tydzień przynosił ro- boty nowe.

Kiedy zaś na takiej sesyi uchwalono ogólny kierunek, w jakim wobec danych faktów należało wpływać na dzien- niki, to zastosowanie praktyczne i szczegółowe tego kierunkn stawało się bieżącą codzienną czynnością dość licznych po- mocników, Francuzów i Polaków, częścią płatnych, częśei% ochotników, pod dozorem Kalinki.

W Bibliotece Polskiej (na drugiem piętrze w domu jenerała Zamoyskiego, na wyspie Św. Ludwika, quai d'Or- Ićans, numer 6) traeba było być codzień rano, mniejwię- cej o lOtej. Dostawało się do roboty albo listy do pisania, których treść zawsze była wskazana, albo do czytania listy świeżo nadeszłe, z których należało wyciągnąć treść, a w waż- niejszych razach robić wyciągi, albo wreszcie wszystkie dzien- niki polskie do przejrzenia. Wszystko co one ciekawszego i ważniejszego przynosiły, przesyłało się w krótkiem fran- cnskiem streszczeniu redakcyoni zaprzyjaźnionych dzienni- ków. Najczęściej trzeba było dla objaśnienia dodać mały ko- mentarz do taktu lub stosunku , którego inaczej nie byłyby

d

zroznmiały. Jeżeli zaś chodziło o umieszczę nie dłuższego i ważniejszego artykułu, natenczas inspirowało się Francuza, który go miał pisać, obszernym, wyczerpującym wykładem kwestyi. Pisarze takiego znaczenia, jak 8t. Marc Girardin, Prśpost-Paradol, Forcade, sławny kronikarz Revue des deux mondes, albo młody podówczas ałe juź głodny Mazade, od- bierali takie inspiracye jak inni, z różnicą, że nie przy- cliodzili po nie do Binra, tylko chodziło się do nich (naj- częściej Klaczko). Kiedy kwestya była ważna i zawiła, wtedy wykład taki podejmował Klaczko albo Kalinka; lżejsze i ła- twe zdawano na młodszych. Praca nie była małą. Każdego dnia przeciągała się lekko do drugiej lub trzeciej po połud- niu, a w czasach gorętszych, kiedy wiadomości goniły jedne za drugiemi, trwała często od rana do nocy. Przykr^yla się niekiedy; byłoby się wolało zbijać bruki i przypatrywać się Paryżowi, jak ślęczeć w dalekiej i nieświetnej części miasta nad zadanem p&nsym: ale przykrzyły się ehwiłe tylko, a ca- łość teg" życia była dziwnie szczęśliwa, a co dziwniejsza, była powabna ; tęskniło się za tem życiem będąc daleko: bę- dąc na miejscu używało się na nicm z przyjemnością, z ra- dością, z obawą żeby nie uciekło; a w dalekiej przeszłości, po długich latach jeszcze się je rzewnie i wdzięcznie wepo-

Wiele-bo rzeczy składało się na ten urok, Francya na- przód, ta Francya zwycięska, i jak się zdawało niezwycię- żona, która swoją sprawę widziała wszędzie, „gdzie Jeat sprawa słaszaa i cywilizacyjna." Była jakaś nad światem niebieska jasność nadziei, w której świetle wszystko wyda- wało się wielkiem i uroczem. Francya bohaterską i apostol- ską, żołnierską, świętą, i czarującą Cesarz jakimś milczą- cym księciem Oranii, któryby w awojem milczeniu roztropnie a napewno przygotowywał Kepubiikę chrzęści a ńską Henryka IV; każdy Francuz bratem, a francuski żołnierz najpiękniej- szem boskiem stworzeniem, przeznaczonem na zwyciężenie złego na świecie. W tera świetle nadziei ukazywały się także wszystkie podejmowane prace, do których człowiek przywią-

I

sywai się gorąco, bo myślał ie się i one na cod zdadzą ie coś z nich zostanie, a sam się czuł szczęśliwym że cłiot! w najmniejszej, naj ostatniej szej części, przecież aię do tego przyczynia; cznl się wprowadzonym między lycli, „w których ionie" jak mówi Aligier Krasińskiego „przyszłość się wypracowuje." Wreszcie doznawało się tam tego szczęścia, które Giithe nazywał najwyższem na ziemi, „otoczenie szla- „ehetnych umysłów." Wrażenie wyższości umysłowej i mo- ralnej, jakie robiło to grono ludzi, było olśniewające, a za- razem przywiązujące i budujące. Każdego z nich e osobna widziało się nieskończenie od siebie niędrszym ; rozum wro- dzony niepospolity widziało się bogatym w naukę i doświad- czenie, panującym zarówno nad polityczneiiii jak naukowemi kwestyami; znajomość Polaki historyczną i psychologiczną, znajdowało sig taką, że każda prawie rozmowa otwierała nowe widoki i zostawiała coś w głowie nazawsze. Te zaś inteligeu- cye tak wysokie, tak wykształcone, podnosiły się dopiero do wysokości imponującej przez niemniejszą godność charakterów, przez zapał i poświęcenie dla swojej sprawy, preez ulióstwo znoszone odważnie, chętnie, poprostu i wesoło. W każdym co- dzieó odkrywało się coś nowego i zdumiewającego, nieznane świetnoSci umysłu lub nieznane cnoty, a wszyscy razem stano- wili taki zbiór światła i przykładów, wobec którego człowiek czul się naprzód nieskończenie małym, a potem obowiązanym z takich wzorów korzystać. Jedyny kłopot, to kiedy między nimi zdarzały się różnice zdań. Który ma słuszność? a raczej który może jej nie mieć, kiedy wszyscy tacy mądrzy? A różnice takie oczywiście zdarzać się musiały. Kie trzeba so- bie wyobrażać sielanki, bynajmniej. Natury bardzo rozmaite, a wszystkie wybitne i silne, niektóre nerwowe i drażliwe z urodzenia, drugie rozdrażnione wszystkiemi kolejami życia, łączyły się w miłości swojej sprawy, w zrozumieniu jej po- trzeb i w szacunku wzajemnym, ale się nieraz wzajemnie niecierpliwiły, nawet odpychały. Stosunki codzienne były z tego powodu każdemu z nich nieraz trudne; każdy musiał zadawać sobie przymus, trzymać się na wodzy; tern pięk-

89

niejszy przez to był ten stosunek ufności, jedności; przyjaźni zasadzonej na wyższych względach i potrzebach. Dziwnie też wszyscy kazali się szanować i podziwiać. Że na księcia Adama patrzało się z najgłębszą czcią, to prosta rzecz : był w nim cały wiek historyi polskiej, wiek, którego wszystkie bóle były w tej duszy i zostawiły w niej ślad, a ta summa przebytych w życiu tak długiem kolei i zdobytych zasług nadawała mu majestat, jakiemu równego w naszym wieku nie miał żaden z Polaków. A do tego z całą żywością umy- słu i gorącością uczuć pomimo lat dziewięćdziesięciu , miał urok dobroci i uprzejmości wielkiej , obejście pełne życzli- wości, łaskawe i ośmielające każdego. Jenerał Zamoyski przez swoją intelligencyę wyjątkowo świetną, przez swoją wspaniałą postać Łazarza, wiecznie cierpiący jak na mękach, a wiecznie czynny bez wytchnienia, miał inny rodzaj uroku, ale urok nie. mniejszy. Klaczko, autor tych wszystkich pism, które się na pamięć prawie umiało a chowało w sercu jak katechizm rycerski i polityczny, kiedy czasem wpadł w zapał lub w dobry humor i zaczął mówić... ale nie mówmy o tych co żyją, kiedy na ich pochwały, dzięki Bogu, jeszcze nie czas. Dlatego też nie zatrzymujemy się nad Leonem Zby- szewskim, który przybył później, a jednem swojem pismem (La Pologne et la cause de Vordre 1863J kazał się uważać za pisarski i polityczny talent tej prawie siły, co Klaczko. Niezwykłą, a pomimo despotycznego i szorstkiego tempera- mentu, sympatyczną naturą był Zygmunt Jordan, którego publiczne nieszczęścia i własne niepowodzenia w roku 1863 rychło potem wpędziły do grobu. Oficer świetny i tęgi, z wielką podobno wojskową zdolnością, bardzo bystry i z dyploma- tycznym nawet obrotnym rozumem, pełen honoru i godności, zbyt dumny niekiedy, drażliwy często, usposobieniem swo- jem czasem drugich gniewał, ale wartością swoją kazał się zawsze wysoko cenić i szanować. Później także przybył, ale znaczył między nimi bardzo wiele Bronisław Zaleski, i Hen- ryk Wyziński, profesor uniwersytetu moskiewskiego. Umysł miał bardzo niepospolity, serce bardzo szlachetne, a koniec

L

bardzo smutoy, w melancbolii , która się stała prawie obłą- kaDiem i śmierci jego powodem. Najbardziej idealną duszą młodzieńca i takąż intelligencyą , byf Horacy Deiaroclie '). Jedao tylko było w uim zle, to taki zbytek dobrego, taka do wszystkiego zdolność, że jednej górującej uie było, zdolnej utwierdzić go w jeduem powolaoiu. Była taką wprawdzie zdolnośu polityczna, stworzony byt na posła i mowiic: ale przekotianianii złączony z generacyą roku 1830, osobistemi stosunkami przywiązany do rodziny Orleańskiej, nieprzyja- ciel zacięty wszelkiełi eezaryzmów, jak wszelkich głosowań powszecbnycb, za cesarstwa do żadnej służby nie byłby wstą- pił, nawet gdyby zdrowie zawsze złe było mu na to pozwo- liło. Zamiłowanie i znajomość sztuki niial we krwi, jako syn swego ojca a wnnk i prawnuk wszystkicb Yeriietów, a wy- robił je do najdoskonalszego zuawstwa i smaku. Nikt nie był wrażliwszym na piękność, nikt zdolniejszym wskazać i określić. Ale pociąg i zapal był prawie większy do nauk, filozoficznych i lekarakicb mianowicie. Do tego uzdolnienia dodać jeszcze trzeba wiarę, pobożność i stałość religijnych przekonań, jakich się u młodych w tym stopniu nie spotyka, miłosierdzie najcichsze a najczynniejsze względem ubogich, chorych, opuszczonych, nieszczęśliwych, i wielki wdzięk roz- mowy i obejścia: a złoży się z tego istota ludzka rzadko wyjątkowo piękna. A ten prawie ideał stawał się dopiero ideałem przez to, że był prawie tyle Polakiem co Francu- zem; że nie było nigdy cudzoziemca coby Polskę lepiej i wyżej pojmował, bardziej do niej przylgnął, głętiiej rozumiał ezem ona może być dla drugich, i jakimi drudzy mieliby być względem niej. Z mnóstwem znajomości i stosunków, z do- skonałą znajomością paryskiego gruntu, ze zmysłem prak- tycznym większym niżby się zdawało, Delarocbe był w tych robotach nieoceniony radą, pomocą, rozimiem i darem przy- ciągania drugich. On uczył mlodycJi Francuzów co to Polska,

') Bliższa o jiim wiadomość w Pr;eglii<ł2ie Pulsi-im. C/.erwiec 1879.

J

on ich zupalał, z jego szkoły wyszli tacy, którzy zostali wiernymi do śmierci. Taki byl naprzykład miody adwoka,t Armand Ravelet (zmarły Jako redaktor Mondea), podówczas najgorliwszy i naj zdolnie j sny z młodych autorów artykułów i brosznr o sprawach polskich. Inny, obiecujący jako pisarz, dnin talentu, dużo zapału, liyl Henryk Lasserre; ale natura południowa, wrażliwa i namiętna, zapała była zdolniejsza jak statku, i do przesady w zapale jak w oborzenin skłonna. Jednak wytrwał i teu do r. 1863, i na wdzięczne wspomnie- nie zasłużył, bo czasu ani trudu nie żałował, szczerze cłiciał pomagać i służyć, i niejeden raz l)ardzo dobrze coś napisał. Ci byli katolicy gorliwi, i z kilkoma innymi związali się w bractwo pobożne, które się nazywało Oewre de St. 6'fi- nidas, a Ka cel miało chwalić Pana Boga, dobrze czyniąo Polsce. Ale byli i nie kalolicy wcale, jak stary p. Letelłier, niegdyś bardzo głośny nawet dziennikarz, albo i podówczas głośny i znaczący Elias Regnault, którzy chętnie le informa- cye i inapiracye przyjmowali i wedle nich pisywali. Kiedy zresztą o Francuzach mowa, to byłaby niedokładność i nie- wdzięczność największa, gdyby się opuściło księd/.a Lescoenr, autora dzieł tak znakomitych, że pisane w doraźnym prak- tycznym celu, zostały jako żródla i podstawy do całego okresu historyi l^ościoła w Polsce, Ale ksiądz Lescoeur nie był jeden. Wpływ Moniaitmberta pierwszy zdaje się usposo- bi! po polsku Oratoryanów, utwierdził zaś ten wpływ Za- moyski, poczęśei Dełaroebe i . . . Kalinka. Ksiądz Gratry, dwóch braci Perraud (jeden zmarły, drugi obecnie Biskup w Aiituu) to były sprężyny tej akcyi, która nawet w lite- raturze francuskiej i w kaznodziejstwie zostawiła piękne pom- niki, pomniki zarazem tej wspólności i łączności francuskiego i polskiego ducha, w któnj wtedy wierzono, za którą kiedyś oby nie płakano, jak za dobruwołnie utraconem dobrem.

Sekretarzem biura i utrzymującym jego papiery był Ignacy Plichta, syn sekretarza Rządu Narodowego w r. 1830, a przedtem więźnia w Petropawłowskiej cytadelli, przyjaciel, a wiat parę ,niej szwagier Horacego Delarorbe. Jak ojciec był jedną

z wielkich powag emigraoyi, mtitka (Emilia z Pilcfaowskicb) jedną l DaJBwiątobliwszych a zarazem najmilszych starych niewiast, tak, te, każdy czcił i lg:nął do niej z jakiemś synowskiem ncziiciem, tak syn w swoich mlodycli latach i w ewoim rodzaju byl także doskonałością. Byl l)ardzo cichy i skromoy, a bardzo rozumny i przenikliwy: zupełnie bez żółci, nie ben attyckiej soli w dowcipie; pewny jak skala, pracowity i pilny, jak rzadko bywa chtopiee z intellicencyą i wyobraźnią żywą; w przyjaźni serdeczny i wierny, w przy- wiązaniu oddany całą duszą; o swojej wartości nie wiedzący wcale, a o sobie tak nie myślący, jak żeby go wcale nie było na świecie; więcej jak szlachetny, bo w każdein nczn- ciu i położeniu nadto prawie delikatny, pr/ytem pełen życia i młodzieńczej wrażliwości, choć napozór bardzo spo- kojny, był z urodzenia i z natury cnotliwy a przytem bardzo miły, i im lepiej poznany, tem milszy. Zbyt często taki mło- dzieniec doskonały nic dochodzi lat męskich ; i on umarł młodo (w roku 1866) z gwałtownej jakiejś anginy, która zrazu zdawała się nieznaezącym bólem gardła. Przywołany (dla ostrożności tylko jak sądzono) lekarit, zbtadl i powie- dział, że r^ecz skończona, niema ratunku, do 24 godzin musi nmrzeć. Kie należą te szczegóły do naszego przedmiotu, jednak niceh się godzi zapisać jeden, który rzuca niejakie światło na te wybrane dusze i na te charaktery. Po takim wyroku doktora trzeba było przygotować rodziców, oicnajmić im, eo na nich w przeciągu tej doby spaść miało. Oboje my- śleli, że syn jest tylko Irochg słaby. Ojca jakoś uwiadomili w kilku razem: ale jak powiedzieć matce! Wtedy skazany na śmierć syn oświadczył, że z jego ust ta prawda będzie jej jeszcze najitnośniejszą i że on lepiej niż ktokolwiek po- trafi ją uspokoić. Zostawiono ich samych, a po godzinie za- stano rozmawiających o jego śmierci z takim spokojem i re- zygnacyą, jak żeby chodziło o zwykłe rozstanie. Świadkowie mówili, że to było coś tak wzniosłego i świętego, że zda- wało się widzieć śvv. Augustyna z matką po tej ostatniej rozmowie opowiedzianej w Konfessyach z różnicą, że

I

nie matka syna,, ale syn matkę przygotowywał na swoją śmierć i pocieszał.

A eói wśród nich Kalinka? Na pierwszy rzot oka nąj- nmiej ze wszystkich zwracał uwagi. Nie rohil efiektti, wy- dawał się takim jak wszyscy ludzie, a nawet może raczej odpychał niż pociągał. Mały, w ruełiach nie /byt zgrabny, później w sutannie miał i postawę lepszą i więcej fizyogno mii. Na księdza ta głowa i postać miała duJio charakteru nawet harmonię; jako świecki, w świeckiem ubraniu, z wą- sami i bródką, wyglądał na niezupełnego księdza. Może wodu ruchów i układu, może przestając wiele z pobożnymi Francuzami, niechcący przejął od nich ten układ który mię- dzy nimi zdarza się nierzadko, ale dość, że gdyby nie szpi- czasta bródka, moinaby go było wziąć za zakrystyana. Spo- sób mówienia powolny i nadto dobitny, z mimowoJnemi ale zbytecznenii przyciskami na niektórych syllabach łub słowach, dla uieprzyzwyczajonyeli był nieprzyjemny, a mło- dych i pustych kusił do łatwego udawania. Do tego, każdego świeżo przybyłego, a zwłaszcza młodego, bral zaraz na exa- min: cbeiał przeniknąć jaki on jest i czy może z niego co być, a ten exauiiD tern mniej się podobał, że bywał zwykłe nieszczególnie zdany. Dopóki eliodztlo o rzeczy ogólne, du- cha prowincyi iub niegodziwości rządn, odpowiedzi szły gładko, a młodociana swada znajdowała pole do popisu. Ale gdy pytania sięgały głębiej, do rzeczywistej znajomości stanu kraju, do różnych szczegółów (podatkowych, szkolnych, ko- ścielnych itd.), pokazywało się, że esanilnator znal przed- miot daleko lepiej niż examiuowany, i następowało pewne upokorzenie nie bardzo przyjemne. Prócz tego jeszcze badał delikatnie i dyskretnie, ale dość stanowczo, religijne człowieka usposobienie i przekonania, i bardzo prędko przenikał jego słabości i wady; a tern wszystkiem obrażona osobista god- ność młodzieńcza, zżymała się i pytała in pełto, ,,co jemu du tego"? Dość, że zrazu Kalinka wydawał się ze wszystkich najmniej uderzającym i najmniej sympatycznym. Ale kto po- nżej i bliżej się rzeczom przypatrzył, u tego to wra-

żeuie zoiieniało się nieznacznie, z każdym dniem więcej, po niedlng;ieni doświndcneniu i zastanowieniu, zamieniało się w przekonanie, że właściwie wszystkie te roboty na gło- wie Kalinki, w jego ręku się skupiają i nu nim się opierają jak na filarze trzymającym cale sklepienie. W pewnym szeze- góJnym przymiocie czy darze, każdy z towarzyszy mógł być świetniejszyrn od niego : ale iaden nie miał tyln przymiotów naraz, i żaden lego daru żeby o wszystkiem wiedzieć, wszystko prowadzić, nic nigdy z oka nie spuśeić. To, eo miał do prowadzenia, nie było to ministeryum, ale w mniej- szym zakresie było do tego podobne; a tym spiritus mo- vens, który wszystko poruszał, sprawy rozpoczęte posuwał, bral inieyatywę w tych które podjąć się dały, a wszystkie do ryclilego i porządnego wykonania doprowadzał , był Ka- linka. Z ludźmi bardzo uprzejmy i delikatny, nie przełożony nad nimi i bez podwładnych, bez piawa rozkazywania, skoro wszystko było służbą ochotniczą z dobrej woli, umiał przecie wszystkich tak krótko trzymać, że go słuchali, tak doglądać i pilnować, te zawsze mnsieli zrobić i na czas, to czego się podjęli. Miał zaś ten dar szczęśliwy, że zawsze odgadł, kto do czego może być właściwie i pożytecznie użytym. Ijudzie najrozmaitsi, a niebrak między nimi ograniczonych, tę- pych, niezdatnych. Otóż dla Kalinki, nikt nie był niezdat^ nym; w głębi swego przekonania musiał wieln uważać za tępych i ograniczonych, ałe nawet zupełnie głupiego nigdy nie lekceważył, ho i najgluiiszy w i)ewnym razie do pew- nego rodzaju roboty właściwie nżyty, może oddać Jakieś, cza- sem niepoślednie usługi. Do tego umiał. Jak nikt drugi, ludzi do roboty zaprzęgać. Jak on to robił? Bez kazań i morałów, ale działał na nczucie obowiązku, na patryotyzm, na wstyd, działa) na każdego inaczej, stosownie do Jego usposobienia, ale na każdego temi środkami i na każdego swoim przykła- dem. Fo krótkiej znajomości, po kilka rozmowach rozszerzał się zakres widzenia, ukazywało się wyraźniej i liczniej wszystko co zrohionem być musi, jeżeli Polska ma się dźwi- gać; mierzyło się i liczyło się wszystkie stopnie upadku, a

im niiej się stało, tern się goręcej pragnęło i stateczniej Ślu- bowało uie spocząć, iiie stanąć, p6ki się wszystkich sil nie wyczerpie, ieby się choć trocLę wyżej wydobyć. Nikt nie umiał jak on wziąć człowieka za łeb (żeby się rubasznie wyrazić) i wy(iol)yć z niego wszystko, co ten człowiek przy swoich zasobach rozumu i zdolności zrobić był zdolny. Umysł połityczny przede wszy stkiem i do spraw politycznych głów- nie wówczas zwrócony, obejmował równie dobrze i równie żywo bral do serca wszystkie sprawy, pożytki i postępy nauk, literatury, języka, nawet sztuki (choć w tej jednej jego zmysł nie był tak bystry i trafny, jak w innych gałęziach cywili- zacyi),

Nadewszystko zaś sprawy kościelne. Jakiemi drogami i stopniami to postępowało, nie wiemy, ałe to pewna, że w tych latach (1860) Kalinka byl nietylko najściślej prawo- wierny i gorąco pobożny, ale liyl tak przywiązany (I(» Ko- ścioła, jak świecki człowiek jest rzadko, a świecki Polak jeszcze rzadziej. Powołanie duchowne , sądzę, że jeszcze wtedy wyraźnie w jego sumieniu się nie stawiało, ale mu- sialy już wtedy zjawiać się czasami pytania, czy nie byłoby najlepiej zostać księdzem. Przyjaciół miał i kocliat wielu mię- dzy świeckimi, ale zwierzał się i wywnętrzał, o sobie samym mówił tylko księżom, u nich szukał rady w wątpliwościach sumienia lub walkach zewnętrznego życia. Z ks. Kajsiewiczem łączył go JQŻ wtedy stosunek bardzo ścisły wzajemnej przyjażui i ufności, ale i pewnej uległości. Znakomitych duchownych fran- cuskich szukał, znał, nie opuszczał ich kazań i konferencyj. Do sakramentów uczęszczał pilnie kto wić, czy nie jut wtedy codziennie; przynajmniej w pńżniejszem życiu zdarzało mu się mówić: „kto eodzieó łjywa n komunii Św. i odpra- „wia godzinę medytacyj, ten musi skończyć na klasztorze." Duszą jego prac, jak początkiem i końcem jego rozmów, był Bóg i Jego służba, Kościół i jego miłość służba ojczyzny była foi-mą służenia Bogu, jej miłość częścią i stopniem Jego miłości, częścią konieczną, która miała w sobie swój ceł, ale nie była skończoną i z tym celem czemuś wyższemu służyła,

i o tyle była żywotna, niezwyciężona i nieśmiertelna, o ili miłością Boga przejęta i prowadzona, z niej czerpiąca sil; na wszystko, w niej miała pewną igłę njagnesową, pizy ktil rej zbłądzić nie mogła. W tern gronie ludzi, do którego na leżał, był Kalinka i jenerał Zamoyski skrajną prawicą ka tolicką, jeżeli się tak można wyrazić. Nie było tam an jedDCgo, któryby przeciw wierze czy Kościołowi byi w czen wykroczył, i kiedy w Rzymie, ogółem wziąwszy, byli ni zbyt dobrze widziani i uważani za cblodnyeh niepewnycl katolików, i)ylato niesprawiedliwość pocbodząca z nieświado mości, poniekąd może z tego zbyt częstego ii cudzoziemcóv mniemania, że wszelkie działanie polskie musi być konspiraejj nem i rewolucyjnem. Na dworze rzymskim zaś bywali zawszi ludzie, starannie w tym błędzie utrzymywani przez intereso wanych, i łatwowiernie poddający się temu błędowi; w owyr czasie liył kardynał Antonelli. Co być mogło, to, że jedei uważał Index za niepotrzebny, a drugi rząd papieski za nie doskonały, lub podobnie; takie odstąpienia od rzymskici przekonań być mogły, ważniejszyeb nie było. Nawet w spra wie władzy świeckiej a ta przecież artykułem wiary ni' jest WiadomoSci Stały szczerze i zupełnie na stanowiski rzymskiem. Jakkolwiek bądź, ufność prawdziwą miał Rzys tylko do Zamoyskiego, i do Kalinki, o którym (zapewn przez księży polskicłi) już był coś wiedział.

Ustalony i rozpłomieniony w życiu duehownem, Kalinki byt i w niem energiczny i wielorako czynny, wstępnie dzia łający i organizujący, jak wszędzie. Cłiciat należeć do wazyst kiego co należy do życia clirześciańskiego , i chciał, żeb; wszystko co do tego życia należy, znajdowało się w życii polskiem. Z lego popędu wyszła ta organizacya miłosierdzi: i zaszczepienie jego praktyki wśród młodzieży polskiej, uczą cej się lub bawiącej w Paryżu, polska kouferencya św. Win eentego a Paulo. Cbrześeiański, ale i cywilizacyjny ceł i po żytek tego Towarzystwa zbyt jest znany; w Polsce prawi go wtedy nie było, prócz w Poznaniu. Zmusić młodycb Po laków do odwiedzania cborycb i pocieszania nieszczęśli

■wycL; przerwać tyra widokiem oieustanDą admiracyę przepy- chów Paryża; zbliżyć ich do różnych rodzajów materyalnego i moralnego upudkii i skłonii: iuh do dźwigania upadłych, co za anlidottim naprzód przeciw różnym niebezpieczeństwom Paryża, co za możliwy dla ohn stron pożytek i co za po- mnożenie zasobu polskich zasług, jeieli się ta praktyka mi- łosierdzia rozejdzie, rozkrzewi po Polsce. I nie zawiódł się Kalinka. W Paryżu wiele nieszczęśliwych rodzin polskich znalazło pomoc, a nieraz odzyskało i cześć staraniem tej konferencyi która do dziśdnia działać nie przestaje, a wielu jej członków po powrocie zakładało nowe po miastach pol- skich. Zakładał je i sam Kalinka, i jest niezawodnie jednym z tych co do rozszerzenia Towarzystwa Św. Wincentego u nas przyczynili się najwięcej.

Człowiek przyzwyczajony do bardzo czujnej kontroli własnego sumienia, hamujący wszelkie poruszenie uczucia gorszego, czy gniewn, czy złośliwości, czy miłości własnej, dochodzi do takiej władzy nad swoją natnrą, że z cza- sem przemienia, a przynajmniej przełamuje. Tak zaś trzyma na wodzy, że ona występuje mało i mało daje się poznać. Dlatego psychologiczny wizerunek Kalinki jest do zrobienia bardzo trndny. Dwadzieścia kilka lat znajomości i przyjaźni, mogły nie wystarczyć na to, by dać poznać jakie były jego wady, a choćby jego słabości; chyba żeby za wadg i słabość chcieć liczyć to, że lubił partyę wista z mężczyznami, a wie- czorem przy herbacie rozmowę z paniami, którą on miał za światową, a która zawsze do tego zmierzała, nieraz się i na tern kończyła, że te panie miały coś przedsięwziąć, coś zro- bić, coś sobie przyrzec... To pewna, że w tych latach z gwałtownych uniesień i oburzeń Kalinki młodego, z na- miętności i zarozumiałości Pęclawskiego nie zostało nic. Był spokojny, łagodny i cierpliwy. Namiętność jeżeli się odzy- wała, to w oburzeniu na rzeczy złe lub podłe, ale i wtedy gniew ledwo wybuchnął, zaraz się musiał miarkować i wra- cać pod posłuszeństwo. Z wrodzonych ludzkich skłonności, najtrudniejszą do pzezwyciężenia musiała być dla niego

7

duma. Zkąd ten domysi? Ztąd, że zmusaanie się, przełamy- wanie się do pokory było ustawiczne i było czasem wi- doczne. W tem znak, że ze wszystkieb cnót ta muBiata być najtrudniejsza, że ciągle nam siebie pod tym względem ob- serwował, ćwiczył, cbciał przez zwyczaj dojść do pialityki, przez praktykę przejąć się cnotą. Urazy i krzywdy a zdarzały mu się ciężkie i bolesne zawsze darował, a od pierwszej chwili znosił cierpliwie, nie dawał nic po sobie poznać. Ale żal, gniew, oburzenie, odzywały się kiedy zo- stawał sam, i szarpały go wiemy to napewue tak, że wałki z sobą samym bywały bardzo ciężkie, a uspokojenie się i przebaczenie bardzo trndnem uad sobą zwycięstwem. Później, jnż w kapłańskim stanie, musiał się pod tym wzglę- dem znacznie zmienić i uspokoić.

Stosunków szukał tylko z ludźmi o których przypusz- czał, że mogą się na coś przydać, a przyjaźnił się tylko z tymi, którzy tej nadziei nie zawiedli. Z tego wynikało, że ciioć całą emigraeyę znal, a przynajmniej mógł znać i wi- dział, to odwiedzał tylko takich pożytecznych , o innych nie pytał. Figury i domy emigracyjne, nieraz bardzo nawet znane i poszukiwane, dla niego były obce. Tylko w pojęciu tej po- żyteczności był bardzo szeroki , i gdzie jakiś pierwiastek dobrej woli zobaczył (miał zaś na to wzrok bardzo liystry), łam starał się zaraz i najczęściej potralit za ten jeden włos człowieka uchwycić, do roboty go wciągnąć, a w górę go ciągnąć. Co w nim było zdumiewające dla tego kto się już znać na nim nauczył, to znajomość natury polskiej we wszystkich stopniach złego czy dobrego, i na wszystkich sta- nowiskach. Z wrodzonej jakiejś intuicyi, z tej władzy odga- dywania i przeczuwania, jaką miewa czasem miłość (i miłość ojczyzny także), on zawsze każdy postępek zbiorowy czy oso- bisty, w przeszłości czy teraźniejszości, umiał psychologicznemi powodami objaśnić; w przyszłości nmiał prawie zawsze traf- nie odgadnąć, jaki postępek będzie skutkiem danych i wi- docznych psychologicznych powodów. Ten dar, fa znajomość, to jedna z wielkich sil Kalinki jako historyka. Jedna z na-

czelnych zalet jego bistoryi. Jeżeli znajomoSć historyi ma być politycznie skuteczną i pomocną, to musi Lislorya być zarazem i psycłiologią narodu. Takich psychologów Polski, jak Kalinka, mieliśmy bardzo niewieln, I wreszcie jedna jeszcze własność którą się w nim odkrywało prędko, to in- stynkt i znajomość polskiego interesu. On ]irzecznwal w enem ten interes i gdzie le^y tak, jak niektórzy Indzie cznją, gdzie pod ziemią kryje się zdrój wody ; on znal wszystkie jego szkopuły i niebezpieezefistwa ; w każdym stosunku i położe- niu wiedział jak, którym prądem, którym przesmykieni biedną lódż puszczać, żeby się nie rozbiła, żeby w jakiejś przystani spoczęła , żeby znalazła to co jej do dalszej , do szczęśliwszej żeglugi potrzebno. Ten zmyel polskiego inte- resu, który się dal poznać w Wiadomoiciach, później w dzie- łach liistorycKnycli i wielokrotnie w galicyjskich sprawach (choć ksiądz Kalinka do tych czynnie się nie mieszał), tensam dawał się widzieć i w praktycznem d/.ialanin na emigracyi: do ostatka, do roku 1863. Nie przekonał ani pokonał strony przeciwnej, nie udaremnił jej polityki, nieszci^ęścia nie odwrócił, ale był.

7, końcem lutego 1861 zaczęły się czasy najgorętszej czynności Biura, jego usiłowań podwojonych w kierunkn opinii francuskiej i w kierunku opinii polskiej, którą wypadło ostrzegać, upominać, oświecać, nczyć, zaklinać wreszcie. Za- częła się walkii, którą ta strona emigracyi prowadziła z dmgą energicznie i sumiennie, i w której przegrała.

Doniesienia o pierwszych (lutowych) wypadkach w War- szawie, zastały nieprzygotowaną, zaskoczyły, wydały się istotnie czemś przypadkowem , nie obmyślanem, może szczę- sliweni zrządzeniem. Te wypadki miały charakter tak wznio- sły a pozór tak pomyślny, żs za pierwszem zdziwieniem przyszło jakieś uniesienie, jakiś niby początek nadziei. W pierwszej chwili zdawało się naprawdę , że moc cofa się przed dobrą sprawą i prawem ; zakłopotanie i bezradność ks. Gorczakowa, który rządy Warszawy zdawał na obywa- teli, a pytał czego chcą od cesarza ; zachowanie się ludności

^

: powabne i zręczue razem, zdawało się znakiem zmiłowania . Kiedy stary książę Adam ze Izami radości powta- rzał: le retsort est brise wierzyło się, że oq, co znał tak doskonałe, mógł tloatrzegać trafnie, że coś się w niej złamało: a kiedy wierzył że nadchodzi łepsza przyszłość i rozjaśniał się nadzieją, myślało się, że za wiek cały cierpień i zasług, Bóg przetl śmiercią mo^e nin dał pociechę do- brego przeczucia. Naprawdę, z tem rozrzewnieniem i rozra- dowaniem (które tak się pięknie odzywa w jego ostatniej mowie w Towarzystwie Historycznem jj maja 1861), wyglą- dał trochę na Symeona odchodzącego w pokoju, bo się do- czekał Zbawienia świata. O tem nie pomyślało się pod pierw- szeni wrażeniem, że nikt (a Polak może najtrudniej) długo w usposobieniu wyjątkowo wzniosłem utrzymać się nie może, a ie Roeya nadługo nie może być dobrą. Rychło też zaczęły się rzeczy wikłać i krzywić: jedni zbaczali z drogi jasnej i prostej, na której stać się zdawali: drudzy pokazali, że sprę- żyna się nie złamała tylko ugięta, ale się zaraz (choć zrazu ostrożnie) podniosła.

W tych wypadkach, jakie było stanowisko i dKialunie Biura?

Pierwszem staraniem musiało być oczywiście to, żeby w sporze między PoJsltą a Rosyą, opinia francnska, a pod jej działaniem rząd, stanął po stronie Polski, nie Rosyi. To jest jasne, i z tego powodu nikt zarzutu nie robił. Nie było to latweui, bo cesarz miał i chciał koniecznie utrzymać do- bre stosunki z Rosyą; przecież staranie było o tyle skutecz- nem, ie oświadczyć się za Rosyą, a Polski się wyprzeć, rząd francuski nie mógł, było niepodobieństwo moralne. Ileto ko- sztowało zachodów, trudów i czasu, i jakie nastały gorące czasy pracy dla Biura, to, równie jak przebieg jego starań i stanowisko jego w każdej chwili tych wypadków do końca, pokazałoby się z jego papierów, których obecnie niemamy pod ręką. Jedno tylko wspomnieć musimy, jako należący koniecz- nie do życia Kalinki szczegół. Mowa księcia Adama na po- siedzeniu Towarzystwa Historycznego 3go maja 1861 r., ta

I

ostataia mowa Księcia, prawdziwie jak żeby jego pożegnanie z Polską i dane jej ostatnie błogosławieństwo, a zarazem doskonalą dla niej nauka i rada, byia w części redagowana przez Kalinkę. Książę sam napisał cały jej szkic, a niektóre wstępy sam wypracował, naprzyklad wspaniale zakończenie. Ale go to pisanie męczyło i dlatego wyręczał się Kalinką ■w tej mierze, ie ten ustępy Środkowe na podstawie szkica Księcia i pod jego dozorem wykończył. W dwa miesiące p<)żniej książę Adam jnż dogorywał. Ostatni list, jaki w życin napisał (drżącą ręką i bardzo krótki) byl do tego zaufanego, wypróbowanego pomocnika i gorącego wielbiciela. Jego także pomocy użył przy pisaniu swojej ostatniej woli, tego testa- stamentu, który był ostatnim jego politycznym aktem, a miał być programem i regułą postępowania dla politycznych przy- jaciół i stronników, ubezpieczeniem ich kierunku i działania na przyszłość. Książę częścią dyktował ten testament, czę- ścią mówił co w nim stać miało, a napisane uslępy kazał sobie czytać. Własnoręcznie mógł go już tylko podpisać.

Sniierć księcia była dla ICalinki ciosem bardzo bolesnym. Nie przerwała ona przecież i nie zmieniła nic w czynnościach Biura i w jego polityce.

Ale czy to wszystko było potrzebne i czy było rozum- ne? Tak ludzie nieraz i pośród nas nawet pytają. Jedni przypisują tym emigracyjnym zabiegom winę wypadków 18ti3, i zwalają na tycli ludzi odpowiedzialność za ich następstwa; drudzy wątpią, czy było już nie mądrze, ale poprostn słusz- nie narzucać się państwom zacliodnim na nauczyciela i upor- czywie ukazywać im ich interes tam, gdzie go same nie wi- działy. A przecież one tylko mogły i miały prawo być sę- dzią swojego interesu; przecież one muszą rozumieć go le- piej niż my? i jeżeli one mówią (Franeya naprzyklad), że Polska nic ich nie obchodzi, a Rosya nic im nie szkodzi, owszem wielce im jest potrzebna i miła, to darmo, możemy łego żałować ale nie możemy zmienić; a ttczyć ich że inaczej być powinno, to jest i zarozumiałość i brak praktycznego I" zmysłu i nawet brak godności.

Oilpowiedamy na to pokrótce.

Co do wypadków roku 1863 naprzód, ta część emigra- cji nietylko ich iiie pragnęła ani przygotowywała, ale im się od początku do koiica opierała; dużo wcześniej niż się na nie zanosić poczęło, już ona przestrzegała przed znaną teoryą „utrzymywania diiclia" za pomocą rueliów nie prowa- dząeycłi do celu. Błąd więc jeżeli hyl, to mógł byii w dwócli tylko razaeii : przed wyl)ncłieni w nie dość energicznym i nie dośt; praktycznym oporze; po wybuchu w przyznaniu się do powstania i w jego popieraniu. Caiy i o ile można było po- stąpić inaczej, a przynajmniej dlaczego tak postąpiono, o tern niżej'. Co zaś do owej zaroKumiałości niby i naiwności, która pojąć nie uiogla, żeby świat bez Polski mógł się obchodzie, choć mogła się przekonać że się bez niej doskonale obcho- dził? Niektórzy z nas tak zmądrzeli nii)y i tak spraktycz- uieli, że się z tych emigracyjnych niedorzeczności dowcipnie śmieją, i uwierzyli sami, że nic naturalniejszego jak przy- jaźń Zaciiodu, a zwłaszcza Francyi z Kosyą, a obojętność całego świata na to, co się dzieje w Polsce i z Polską. Nie można im się dziwić nawet, bo przekonała ich Francya sama; jak nie można także dziwie się i Francyi, że z głębokiego żalu do Połski za to, że była powodem nieporozumienia z Kosyą w roku 1863, przeszła do otwartej a nawet do nie- szlachetnej antypatyi, a przez Prusy zdeptana, raz istotnie przez Rosyę od powlóruej napaści zasłonięta, przewidująca, że te dwie potęgi sąsiednie kiedyś zderzyć się z sobą będą musiały, wmawia w siebie i w Rosyę wrodzoną niby przyjaźń, sznka w tern zładzeniii pociechy na dziś a nadziei na jutro, i z łatwowiernością nieszczęśliwych rnzkochuje się we wszyst- kiem co rosyjskie. Kto sam wiele razy się mylił, ten się nie dziwi pomyłkom drugich, i psychologiczne ieb powody zga- duje łatwo a widzi jasno. Przecież nie dziwiąc się temu co jest dziś, a rozumiejąc doskonałe, że ćwierć wieku temu Na- poleon in z Eosyą zrywać nie chciał i ze swego stanowiska nie był powinien, trzeba wbrew wszystkim jiowiedzieć, że owa emigracyjna polityka miała słuszność, że slan Enropy

miała lepiej, te widziahi dalej, a, przewidywała trafniej, tai \v8zy8tkie gabinety i rządy.

„Dane hywa Polakom" nniwi ksiądz Kalinka w za- Łończeniu drngiego tomu Sejmu „chwytać z góry rze- „czy nie codzienne, nieraz dziwne i niepojęte dla obeycli, „wKnieść się nad pojęcia ogóŁu, przeczuć jakoby myśl Bożą, „i myśl bez wyrachowania i korabinacyi jedao silą dii' „cha i laski nieba w życie wprowadzać, a przynajmniej „stawił, j iko program do wykonania na czasy dalsze." Polityka emigracyjna, ta niedorzeczna niby utopia i diiie- Ljoinne zlndzeuie, była takim programem (na dalsze nieszczę- ni) nie na dzisiejsze czasy; streścić można w krót- Łiei toiniule „Prawo narodów nie będzie prawdą, dopóki Lsię nie oprze ua narodowem prawie własności." Czy było [zarozmniałością głosić naukę? Zarozumiałością wydaje się Łażda wyższość, dopóki nie zwyciężyła: utopią It^nżda prawda, uopóki własna szkoda nie nauczyła ludzi, że ona jest i praw- E^ziwą i prostą. W tym razie była ona do zrozumienia tem łatwiejszą, że świat europejski z własnego długiego doświad- jeżenia mógł się już dowiedzieć, że zbyteczny wzrost i prze- Ewaga jednego, musi się obracać na szkodę wszystkich; że 'nigdy bezkarnie nie da się zniszczyć to, co Bóg stworzył a wytworzył ; i że elemeritarua znajomość spraw uczy między dwóch stałycłi i silnych sprzymierzeńców wsuwać takiego, ktoby icii przegradzał, a państwom zaborczej natury »borów nie ułatwiać, ale je utrudniać i przyrodzonych lub jhistorycznyeb granic nie dać im praekraezać. Do tego do- idaje sumienie i honor jeszcze jedno prawidło, o kłórcm dziś mróżno mówić, ale które jest prawidłem w zdrowej i daleko latrzącej polityce: rozróżniać między bezprawiem a prawem, a faktn dlatego że dokonany, nie uznawać jeszcze za prawny. Wszystkie te nauki historyi i polityki stare jak Europa a jasne jak słońce, poszły w zapomnienie^ 1 w poniewierkę. ' z korzyścią dla świata, to inne pytanie. Instynkt potsk ■az miał słuszność i okazał się trafnym, a gdyby inni ichać go byli chcieli, byliby na tem sami wyszli najlepiej.

Nie byłyby Prnsy tak śmiało darły się naprzód w samo serce Francji , gdyby nie były bezpiecznie plecami oparte o Rosyę. Nie byłby dawny Elelctor Brandeburski dawnego Ce- sarza Niemiec z Rzeszy wyrzucił, gdyby od Szlązka do Po- morza był musiał swoich granic pilnować od moiliwego sprzy- mierzeńca Cesama. Nie poiityka polska nie była ani nie- dorzeczna, ani utopijna. Jedno było w tej nadziei złe, to że trałiia sama w sobie nie umiała być taką w zastósowanin, w wyborze chwili: „bez wyracliowania i kombinacji," jak mówi Kalinka. Instynkt bjl wszystkim wspólny, do kombi- nacji wszyscy zdolnymi być nie mogą. A w emigracyi wła- śnie ci co mieli instynkta tylko, nie chcieli nigdy tym wie- rzyć i iść za tymi, co rozumować, rachować, i czekać nmieli. I ci swoim brakiem myślenia popchnęli Polskę do kroku, którj zgubił, i Francji przyniósł szkody nieobliczone, i w ramiona Kosyi popchnął.

Ze to grono ludzi do powstania pchało, to mogli my- śleć i mówić tylko tacy, którzy o tych ludziach, ich prze- konaniach, ich politjee, nie mieli najmniejszego pojęcia i żad- nej zgoła znajomości, cboćbj tyle, ile jej powziąć można z prostego przeczytania Wiadomości Polskich. Ta polityka emigracyjna taksamo powstania nie chciała, jak go nie cbciaia tak zwana Biała Dyrekcya w Warszawie, jak Leon Sapieha we Lwowie, jak Adam Potocki lub Mann w Krakowie (ci ostatni nie mieli żadnych z Biurem stosunków i bjli mn ra- czej niechętni). Wszjstkie korespondeocye {jeieli będą kiedy ogłoszone), dowiodą, że Biuro stanowczo i najusilmej od po- czątku do końca przestrzegało przed wszelką organizacyą, i od ludzi na których wpływać mogło), żądało najenergicz- niej żeby do żadnej nie dopuszczali, każdej opierali się ca- łemi siłami.

Ten zarzut jest zupełnie niesłuszny. Zostają dwa inne: czemu ci ludzie nie oświadczyli się głośno, jawnie i śmiało przy margrabi Wielopolskim; i czemu, kiedy powstanie już wybuchło, nie oświadczjli się przeciw niemu, ale dali się w nie wciągnąć? W jednym jak w drugim razie postępując

■'inaczej, byliby moie zdołali wiele złego odwrócić ; a wpływ ł mieli : Andrzej Zamoyski i jego stronnicy na ieb glos byliby I pewno zważali.

Obu tym pj taiiiom służy najiritód jedna od|iowie(lż I 'Wspólna ;

Zarzucano emigracyi zawsze, że chce krajem rządziło, Lnie znając jego położenia, kiedy ))owinna jego natcliuień 1 fiinebać i do jego potrzeb swoje działanie stosować. Emigra- [ cya wiedząc o tern, strzegła się piłnie wszystkiego, coby \ mogło wyglądać na kierunek przez nią krajowi narzucony. rRoznrniała i wierzyła że nie powinna rządzić, ale trzymając I się tego co kraj chce i robi, dla jego zamiarów opinię za- L £Taiii<^2ii^ zjednywać. Kobila uwagi i dawała rady, ale nie [lOna wytykała kierunek. Nie oświadczyła się za Margrabią, bo nie oświadczył się za nim kraj ; nie oświadczyła się prze- |.ciw pierwszym powstańcom, bo nie zrobił tego kraj. Wjed- I nym i drugim razie inicyatywa, przykłady, nie do niej nale- I iały i nie od niej skutecznie wyjSć mogły.

Co zaś do margrabi Wielopolskiego, łatwo jest dziś -mówić i ganić, ałe słusznie jest pamiętać, te wtedy ludzie I nie mogli tak czuć i myśleć, jak dziś. Kiedy zasada wolnycłi I narodowości wydawała sie fimdamentem przyszłego urządze- [ Ilia Europy, ideałem, w którego urzeczj wistnienie wierzyli I wszyscy; ~~ kongres wiedeński zaś wydawał się (jak rzeczy- [ wiście był) zdartym i nikogo nie obowiązującym; system [ Margrabiego mógł się zdawać wygodnym i korzystnym sta- . nem przejściowym, ale stanem na stale złym, którego nikt I życzyć sobie nie mógł. Zaś przyjmując go, oświadczając się [ za nim, trzeba było zrobić to uczciwie i rzetelnie, przyjąć i dotrzymać warunków. Nie mówiąc o tem, że prędzej lub póź- niej, ale spodziewano się wyjścia lepszego niż to, było do- świadczenie, była pamięć Aleksandra I, która mówiła, że takim zgodom dowierzać nie można. We wszystkiem, co z Pary- ża do Warszawy pisano, powtarzało się zawsze, żeby broń Boże Margrabi nie przeszkadzać, owszem pomagać, żeby do wszel- kiej pod nim służby wstępować. Najgorętsi i najniesprawie-

dliwsi oskarżyciele tych ludzi, ci, kU\ny żadną miarą nie chcą czy nie mngą rozróżnić między eniigracyą spiskującą i rewolu- cyjną, a tą, która taką nie była, nawet ci przyznają, że Wła- dysław Zamoyski swoim wpływem pomagał Wielopolskiema w Anglii '). Niechęci do Margrabi nie było, jak on jej nie mii^ do tycfi hulzi, z którymi owszem parę razy szukał stosunków, czego ślady może się tlotąd w paryskich papierach znajdają. Ostatni raz, hyio to w jesieni rokn 1S60, przed zjazdem trzech monarchów w Warszawie. Biuro sądziło, że sumienie jak polityka nakazują Polsce zabrać głos w tej cliwili; chciało jednobrzmiącego memoryalu z Królestwa, z Wielko- J polski i z Galicyi. Memoryal byl ułożony, opierał się na wa- ' runkach i przyrzeczeniach kongresu wiedeńskiego. Chodziło . o lodzi, którzyijy go podali; rzecz była tak drażliwa, że wy- mawiali się jedni po drugich. Margrabia łiyl właśnie w Pa-- ryżu, i on wydal się Zamoyskiemu właściwym człowiekiem. Odwagi nie zabraknie mu z pewnością, a do jego politycz- nego zmysłu myśl ta trafi. Udał się więc Zamoyski do Mar- grabi, który w zasadzie pomysł pochwalił, memoryal wziął do przeczytania i w parę dni |)óżmej obiecał dać stanowczą odpowiedź. Jakoż przyszedł do Zamoyskiego, i miała się za- cząć dyskusya w obecności Klaczki i Kalinki. Nieszozęśli- wym przypadkiem i nieostrożnością Zamoyskiego stfiło się, że w tejsamej chwili znalazło się u niego paru innych, nie wezwanych, których Jenerał pozbyć się nie miał jakoś od- ' odwagi. Margrabia, który przed nimi otwarcie mówić r chciał, a wyobraził sobie, że byli i wezwani i nwiadomle o sprawie, zraził się tern i mówić już nie chciał. Ale adres j przez niego ułożony w końcu lutego r. 1861, był w treści | swojej z owym memoryałem zgodny. Jak zaś nie łiylo nie- chęci i uprzedzeń przeciw niemu, dowód najlepszy w tem, że po jego przyjściu do władzy pierwszy artykuł, który pu- i bliczuość francuską oświecał o tem, kto byl Margrabia, dla ' niego w najwyższym stopniu korzystny i przychylny, wyszedł

') Lisicki: Aleksitnder Wielopolski. T. I, str. 157.

w Dubatach z inicyatywy Biura, a pisaay hyl przez Klacz- kę. Wiary w jego system dlatego być nie nioglo, bo było przekonanie, że jak on aię dla Polski dobrym okaże, to go Kosya odwoła i obali. Zupełnego zaś porozumie nia z Mar- grabią i zapału dla niego nie było (w tej części emigracyi, jak w kraju) dlatego, że Margrabia uchodził za autora Listu (io księcia Metternicba, na który przekonanie tych ludzi go- dzić się nie mogło.

Co się zaś tyczy roku 1863, znowu jeżeli kto miał oświadczać się przeciw wybuchowi, to emigracya dopiero w drugim rzędzie, a w pierwszym kraj. Jeieli znaczący oby- watele w Królestwie, w Galieyi, w Poznaniu, nie wyparli się powstania i nie powiedzieli że go nie chcą, to emigracya za nich zrobić tego nie mogła , i jej rolą było tylko starać się, żeby z danych wypadków Jakąś kor/yśó wyciągnąć. Dlaczego zaś w kraju nikt śmiało i otwarcie nie wystąpi! przeciw temu eo się gotowało? Nie żeby potrzeby nie rozumiano: takiego zrozumienia i to w najrozmaitszych sferach dowodzi choćby korespondencya i ówczesne pisma osoby znaczącej, a z częścią emigracyi b>na|nmiej nie złączonej, jak panna Żmicliowska. Ale dlaczego podobujch nie było więcej, dla- czego nie były głośniejsze i skuteczniejsze? czy j. braku od- wagi? W pewuej części zapewne: ale więcej dlatego, że trudnem było przed doświadczeniem i szkodą to, co po nich wydaje się koniecznem i obowiązkowem. Dziś rozumiemy, że sniiiieiiie i miłość ojczyzny uakaznją wystąpić otwarcie przeciw wszystkiemu co naraża jej byt, choćby miało naj- ponętniejsze i najwznioślejsze ideały i miana; wtedy zda- wało się, Że można powstanie odradzać dopóki go jeszcze niema, ale od chwili jak się stało, patryotyzm i lionor nie pozwalają głośno powiedzieć że ono złe, choć się to w skry- tości serca wić i czuje. Oto jest najistotniejszy powód, dla którego po 22 stycznia roku 18G3 nikt przeciw powstaniu nie wystąpi! w kraju, a w skutku tego nikt w tej części emigracyi, o której tu jest mowa. Żel)y ona była spiskowała, to jest zupełna i absolutna nieprawdn: jak Jest znowu rze-

czą oczywistą, ie na dragą spiskującą i ^or^aaizającą" część eniigracyi wpływać i działać nie mogła, ani jej oczów otworzyć, ani na zgubnej drodze powstrzymać,

Kiedy te wypadki wybuchły. Kalinka nie był w Pa- ryżu, W listopadzie roku 1862 zaszło pewne między nim a kolegami nieporozumienie. Powód był następujący. Potrzeba było człowieka pewnego do pilnowania spraw polskich w Rzy- mie. Kalince wydtił się dn tego doskonałym pewien Francuz, z którym leż zaczął mówić i posunął się dość daleko w ukła- dach, nie przypuszczając, żeby inni członkowie Biura mieli o tym człowieku nie takie jali on wyobrażenie. Pewien apro- baty, gdy zdał sprawę ze swoicJi rozmów z Francuzem, po- kazało się, że inni uie mieli do niego zaufania. Ztąd żal jednycii do Kalinki, że uię nieostrożuie posunął: i żal jego, że po wszystkich swoich usługach i zasługach, musiał się wycofać z układów, które był uważał prawie za skończone. Wina w tym wypadku, wina nieostrożnotici, była po jego Btronie, czego na razie jednak nie widział i nie czuł. To pewna, że zajście to było mu bardzo ł)olesnem, tak, że wo- lał wyjechać z Paryża, Udał się do Rzymu. Czy uie z myślą wstąpienia do zakonu? Być może: myśl ta z pewnością na- suwała mu się nieraz, a w chwili kiedy był zmartwiony i dotknięty, kiedy sądził, że do ulubionych zajęć paryskich nie wróci już nigdy (istotnie nie wrócił) w takiej chwili on musiał koniecznie wahać się i sam z sobą pasować, ozy ma pójść na księdza lub nie. Bez pewności i na domysł, ale sądzę, że cały ten czas pobytu w Rzymie był tylko długim namysłem, przygotowaniem do postanowienia. Głównym jego powiernikiem i pośrednikiem w tej sprawie sumienia i po- wołania, był ksiądz Kajsiewicz, z którym bardzo wiele (naj- więcej) przestawał. Że się coś między nimi ważyło, to było widoczne po obndwóch ; obadwa szukali drogi dla Kalinki, cłicieli dojść; jaką mu przeznacza ta Wola Hoża, której oba chcieli być sługami i narzędziami, Wskazówką i dowodem tego może liyć choćby tylko szczegół następny. Daleko za murami, na drodze Appijskiej, jest mały, ubogi i opuszczony,

zawsze zamknięty kościółek Domim quo vadia. Podanie mówi, że Św. Piotr widnąc się w niebezpieczeństwie, chciał umknąć przed prześladowaniem , i drogą wychodził i Kzymu. O parę staj od miasta zaszedł mu drogę Pan Jezus. Sw. Piotr zdziwiony, zapytał: „Domine quo vadis?" Idę do Rzymu była odpowiedź „dać się ukrzyżować zamiast Ciebie, „kiedy ty nie chcesz być ukrzyżowanym za mnie."

Św. Piotr wróeil do miasta, a na miejscu tego spotka- nia stoi kościółek.

Czyja była myśl, nie wiem, ałe do tego kościółka wy- brali się prosić o natchnienie, co mają robić, gdzie pój^ć a,lbo zostać, żeby przyjąć ten los, teu krzyż, jaki każdemu Bóg przeznaczał. Ksiądz Kajsiewicz miał mszę; słuchał jej ksiądz Kaczanowski na samem wyjezdnem do bułgarskiej misyi, już z brodą zapuszczoną, już po przyjęciu wschodniego obrządku, a Kalinka, także na rozstajnych drogach, przystę- pował do Komunii Św.

Natchnienie było dobre i może sprowadzone przeczu- ciem, że trzeba im nowego pokrzepienia i nowych sił, żeby dźwigać te krzyże, które na nich i na naród spaść miały.

Kalinka, który pomagać i służyć chciał, ale nie chciał przyjąć odpowiedzialności za żadne postanowienie, za kieru- ' nek spraw, wrócił do Paryża ale na krótko. Prosił, żeby go wysłano na jakieś miejsce, gdzieby miał tylko polecenia od- bierać i wykonywać. Wspólna akeya dyplomatyczna trzech mocarstw była rozpoczęta; zdawało się, że z jej postępem będzie dobrze a nawet koniecznie wciągać w nią mniejsze państwa; zdawało się, że agent polski w Szwecyi może się przydać. Kalinka pojechał do Stockholmu , gdzie już do końca tych wypadków przebywał.

V.

Kiedy powrócił do Paryża, co myślał lub zamierzał, po- wiedzieć nie umiemy; to co się działo przez uastępnyeli lat dwa, jest nam w ogóle bardzo niedokladDie wiadome. Co się działo w duszy Kalinki, to może zgadywać po sobie każdy, kto w tjcli czasacb żyl i czul. Że przebył wBtrząśnienie stra- szne, wskazuje clioćby ta okoliczność, że po powrocie wpadł w chorobę ciężką, podobną do tej która go zabiła (zapale- nie mózgu), był w wielkiem niebezpieczeństwie, do zdrowia wracał l)ardzo pomału. Opiekunem jego w tej chorobie jak w tyla innycli wypadkach, był Jeperał Zamoyski i jego ro- dzina.

Co dalej począć? co robić? co jest do roboty w tem roz- biciu, w tem zawaleniu się polskiego świata? Oto było nie- zawodnie (kiedy przyszedł do zdrowia) pierwsze pytanie czło- wieka, który spoczywać nie nmiał, który zawsze musiał coń ratować, coś dźwigać albo naprawiać, jakiemś działaniem Boga chwalić a ojczyźnie służyć. Co robić? rola eniigracyi była skończona. Wpływ polityczny na Zachód wywierać bę- dzie kiedyś Polska sama jeżeli będzie; przed tem ktoby tam o jakiejś akcyi myślał, ten byłby dzieckiem albo szaleńcem, a tlómaozyć i przekonywać, to rzucać groch na ścianę albo ciąć pałaszem w wodę. Za granicą politycznie nie ma do ro- boty nie. Wyświęcić się i pójść do Zakonu? To postanowie- nie, blizkie, zdawało się, przed wj'padkami, musiało się od-

(lalić, Die było jeszcze dojrzale. W r. 1866 Kalinka pytany raz (przez swego kolegę w Biurze a później w Zakonie Leona Zbyszewskiego), coby chciał robić, czegoby jeszcze dla sie- bie pragnął, dal odpowiedź charakterystyczną, że jeieli czego, to pragnąłby zostać sekretarzem namiestnika we Lwowie.

' Czemuż nie uaniiestnikiem ? kiedy już marzyć, to dobrze.

Bo sekretarz daleko więcej może robić jak namieatuik.

To marzenie wskazuje, że się życia świeckiego jeszcze nie zarzekał; dowodzą tego i inne rzeczywiste starania. Zo- Rtać sekretarzem namiestnika, to było marzenie do spełnienia trudne; ale Wydział krajowy czy mógłby zkąd dostać lep- szego sekretarza jak Kalinka? Zaczęły się (w roku 1867} ostrożnie nie starania nawet ale pytania, czyby Kalinka nie mógł mieć widoków na taką posadę. Marszałek ks. Leon- Sa- pieha odpowiedział, że uominacyii jego obraziłaby takich, którzy od początku Wydziałowi służą, i na teni się skoń- czyło. Kownie bezskuteczne były pytania, czy po śmierci Adolfa Mułkowskiego nie mógłby dostać się do Biblioteki Ja- giellońskiej w Krakowie. Najbliższym urzeczywistnienia byl pomysł, żeby zostać sekretarzem nie namiestnika, ale Rady Powiatowej ! Z Podbajec przychodziły formalne pod tym wzglę- dem propozycye. Oto, co na nie Kalinka odpowiadał (w li- ście do )). Ludwika Kastorego z d. 28 września 1SG7 r.).

„Twój list nietylko mnie nie zdziwił, ale owszem, byl „mi jirawdziwie przyjemny. Oddawna pragnę jakiegoś obo- „wiązku na ziemi polskiej, ściśle ograniczonego, któremn „byłbym w stanie podołać. Gdybym był księdzem, tohym za 'I „istotne szczęście poczytywał sobie mieć parafię. Chociaż i „znam zakresu działania Kady Powiatowej i obowiązków jej „sekretarza, to jednak z tego, coś mi mówił o niej, pojmuję ,jej ważność i przyjąłbym chętnie podobny nrząd, pod je- zdnym wizakie warunkiem: żeby była nadzieja, jeżeli nie „pewność, że będzie możua przez dłuższy czas na nim pra- „cować. . . . Jeżeli Podhajce przez zetknięcie z Rusinami cią- „gnęłyby mnie do siebie, to jednak tyle się już zrosłem z ży-

I „cieni uiiiikoweiu , że tnitlnoby mi było wyżyć bez pewnycli I „naukowyeli zasoliów. Dlatego, wyzuaję, wolałbym sekretar- B pStwo w Dniliowie; pisałem o tern do Stasia. W liście swoim I „wspominasz, i.e pensya sekretarza wynosi pri)cz mieszkania 1,1000 (io 1200 rocznie, ale nie dodajesz czego. Gdyby to I „miały być złote polskie, Io chód byłoby dosyć aby się wy- I „żywić kartoflami, nie dosyć jednak, aby utrzymać potrzebny I „ton z członkami Rady. Jeżeli zaś mowa o reuskicb, to zkądże K„8ię wezmą pieniądze na sekretarzy? . . . Moje lata przepę- I„dzone na eniigracyi nie |)oalużJ5 mi w ki-ajii: już tu wiele,

jeżeli mi ich za złe brać nie będą, i trzeba będzie dorabiać I „się na nowo po/jc)i, jak temu lat piętnaście zaczynałem I „w Paryżu Mniejsza o to, bylebym tylko zoahtzt jakieś pole".... m Widocznie zatem do klasztoru jeszcze w jesieni r. 1867 I^Bię nie wjbieia, czy jednak zgoła o nim nie myśli? to inne

pytanie. Tensaui pizjtoczony list kończy się poleceniem, żeby ■przez październik pisywać do niego do Soleames. Wprawdzie ■jeździł on tam nieraz i nie dla siebie, tylko z księdzem Gue- Łpin przy goto wy vTał Zycie Sib. Joiąfata, które tamten miał ■'właśnie pisać. Ale i rekolłekcye tam odbywał, i pewnie bzu- Ikał w nich natchnienia i postanowienia, czy ma zostać księ- ■dżem albo nie.

I A tymczasem co sam robił?

\ Nie ma nic do zrobienia w polityce, ale jest jedna wielka

Kfeecz : polityki się uczyć, żeby błędami przeszłości ostrzeżony [naród nie wpadał w podobne na przyszłość, jeżeli mu kiedy ' przyszłość jaka się otworzy, Ale na jakim przykładzie, na jakim przedmiocie naakę wyłożyć? Mało na którym wy- kładałaby się sama tak naturalnie i tak wszechstronnie jak na życiu księcia Adama, z którem się łączą wszystkie trafne i wszystliie błędne kroki polityki polskiej , od pierwszego rozbioru do ostatniej świeżej zagłady. A do tego klóż bar- dziej na historyę swego żywota zasłużył? A kto znowu bez- pieczniej pisać może, jak człowiek, który w ostatnich la- tach był prawie nieodstępnym Księcia pomocnikiem i powier- nikiem jego myśli, który znając go doskonale w starości.

luógl przez to roKiimieć dohrze jego myśl i jego naturę w la- tach mloiiazycii, który nadto był do iiieg:o całą duszą przy- wiązany? Kalinkn przedsięwziął pisać żywot księcia Adama. O liistoryi ani myślał jeszcze, zapewne nie domyślał się. że iLjógl pisać; czuł się tylko na siłael) napisania biografii. Ale kiedy nad zaczął rozmyślać, dostrzegł zaraz z tym instynktem łiistoryka, który w nim tkwił bezwiednie, że Iii- storya księcia Adama jeżeli ma coś znaczyć i czegoś uczyć, to musi rozwijać się na tle tiistoryi polskiej ; a jeżeli ma być zrozumiałą, to musi być opartą o wypadki dawniejsze, wynikać z całego tego politycznego stanu Polski, wśród litó- rego książę Adam eliowal się i dojrzewał, którego skutki dźwigało jego pokołenie i on sam. Wziął się więc Kałinka do studyów nad epoką Stanisława Augusta, W tymsamym czasie znalazły się w Paryżu z Petersburga przywiezione pa- piery króla. Kalinka je zobaczył, książę Władysław Czarto- ryski nabył i postanowił ogłosić. Wydaniem miał się zająć Kalinka. W ten więe materyał zagłębił się, i zawsze z my^- śłą o żywocie księcia Adama, jako wstęp, jako tło do tam- tego pisał książkę, która wyszła w r. 1868, jako Osta- tnie lata Stanisłaiea Augusta.

Tytuł, niezupełnie stosowny, odpowiada raczej dzieła, które w myśli autora podczas pisania tej książki powstawać zaczęło, aniżeli tej książce samej. Sejm czteroletni a nastę- pnie dwa rozbiory, to byłyby ostatnie łata Stanisława Augu- sta. Czy Kalinka zamierzał kiedy opisać je wszystkie do końca? Może; ale w każdym razie zamiar nie trwał długo, bo od chwili jak zaczął pisać Sejm, powtarzał zawsze, że nie zdobędzie się na odwagę opisywania tego, co się działo po Bboficzenin kampanii r. 1702. Jakkolwiekbądż, tylko takim przelotnym zamiarem tisprawiedliwić się da ten tytuł. Miał on odpowiadać czasom od r. 1788 dalej, a dzieło pierwsze miało służyć tylko za wstęp, sti-eszczone opowiadanie dziejów Stanisława Augusta do r. 1787, potem w dokumentacłi myśli i zamiary przymierza z Rosyą i podróż do Kaniowa, czyli sytnacya połitj-czna poprzedzająca bezpośrednio sejm

115

konstytucyjny, i z nim najściślej połączona. Że to w myśli autora był wstęp, dowód jest choćby tylko w kartacłi liczbo- wanyeh cyframi rzymskiemi, któremi się zwykle odróżnia przedmowy i wstępy od dzieł samych. Dokumenta, prawda, w drugim tomie ogłoszone, dochodzą do ostatnich lat króla i królestwa (Dziennik Bułhakowa do r. 1792, Listy Kata- rzyny aż do samej abdykacyi). wszelako gdyby autor nie był myślał o pisaniu tych dziejów, byłby zapewne wydał „Dokumenta do ostatnich lat Stanisława Augusta, z wstępem napisanym przez W, Kalinkf% a nie Ostatnie lata Stani- sława Augusta y któryto tytuł zapowiadał tych lat opraco- waną historyę. *).

Ale mniejsza o tytuł lub o zamysły nie wykonane. Ja- kie jest to co Kalinka wykonał, oto pytanie.

To co wykonał, to jest nie wielki tom, ale streszczenie (jako takie dość obszerne) panowania Stanisława Augusta

') Niedawno w jednem ze wspomnień pośmiertnych o ks. Ka- lince zdarzyło nam się czytać, że dokumenta ogłoszone w drugim tomie, mają nie wielką wartość i wagę. Przypo minamy czytelnikom naszym, że obejmują one korrespon- dencyę króla z Kicińskim, w której król nietylko zapisuje dzień za dniem swoją podróż do Kaniowa (mniejsza o to), ale mówi nieustannie o swoich planach i widokach, o prze- szkodach jakie spotyka; daje poznać otwarcie co myśli o ludziach, z którymi ma do czynienia; wreszcie (choć może niechcący) daje doskonale poznać i siebie. Dział drugi obej- muje listy króla do Katarzyny i jej do króla (wszystkie jakie się przechowały) od r. 1788 do końca 1795. Trzeci dział. Potem kin i jego stronnictwo, jest najzupełniej szem ja- kie posiadamy źródłem do przedwstępnych przygotowaw- czych działań Targowiczanów przed zawiązaniem konfede- racyi. Poufna korrespondencya króla z jego posłem w Lon- dynie (od r. 1788 do 1793), w której król znowu donosi wszystko, co się ważniejszego dzieje i co sam myśli, sta- nowi dział czwarty; ostatnim jest Dziennik, w którym po- seł rosyjski w Warszawie zapisuje swoje czynności i wy- padki od końca grudnia 1791 r. do końca czerwca 1792 r. Jakim sposobem dokumenta tej treści i od tych osób po- chodzące mogą być małej wagi, trudno nam pojąć.

8*

do jego spotkania z Katarzyną w Kaniowie. Streszczenie (po- wiedzmy z góry) takie, na jakie zddbyć się mógł tylko do- skonały historyk i znakomity polityk. Wyciśnięta jest i krótko podana sama essencya tyeli dziejów, a w niej wszystko to co najistotniejsze, co stanowcze i rozstrzygające w położenia narodu, i wszystkie zwroty i zmiany w tym przeciągu ezasn dokonane, z powodami i wpływami które je sprowadziły, ze skutkami i warunkami, jakie one znowu Rzeczypospolitej na- kładały, A więc Rzeczpospolita pod rosyjską gwarancyą, i w sąsiedztwie tego Państwa, przywykłego już wojska swoje kiedy chce w granice Polski wprowadzać i z pomocą tych wojsk i naszych fakcyj robić w Polsce co chce. Te fakcye, to wielkie domy znarowione już do tego stopnia, ie bez uwagi i skrnputu udają się do państw obcych, do Itosyi, o popar- cie i przeprowadzenie swoich zamysłów; na tronie król, który do niego doszedł przez alkowę który zatem ani po- wagi, ani nfności w narodzie nie ma. Honor narodu jest uim upokorzony, patryotyzm jest nim oburzony i widzi w nim tylko narzędzie Katarayny, a wszystkie ambicye i wszystkie zazdrości nienawidzą go, bo on jest królem a nie jaki inny. Złe i dobre uczucia narodu składają się na to, żeby położe- nie tego królu zrobić najtrndniejszem na świecie, a on sam go nie ułatwia, bo nie ma tego, czego potrzeba żeby usza- nowanie w narodzie wymusić, powagę i zanfanie zdobyć.

Jednak ten król ma rozum, widzi dobrze słabość Rze- czypoijpolltej , wić jak na nią stopniowo radzić, radzić cbce i zaczyna. Po dwuletnich staraniach, wprowadza na sejm ro- kn 1766 pierwsze początki reformy glosowanie większo- ścią w materyach skarbowych pierwszy zamach na Libe- rum veto. Opozycya w porozumieniu z Repninem, przez niego zagrzewana, odrzuca to, ale mimo porozumienia z Repninem, odrziiea żądania rosyjskie względem dyssydentów: czyli je- dną ręką utrwala nierząd wewnętrzny a drngą sprowadza zawikłania zewnętrzne. Król widząc, że uaród tak jest sta- nowczy w kwesiyi dyssydentów, odrzuca żądania Repnina: jest stały, nie ustępuje. Ale wtedy ustępuje i godzi się z Re-

ypoinem opozyoya: przyzna niektóre prawa dyBsydeatoni, byle jej Lilenim VBto zachowano w całości. Układ staje: noty ro- syjskiego kanclerza ukazują w milej perspektywie nawet de- tronizacyę Pnna Stolnika Litewskiego ; wojsko rosyjskie wcbo- dzi {w liczbie 30,000), i ośmdziesiąt tysięcy podpisów po- ki^ywa prośbę do Katarzyny o gwaraneyę ustaw kardynalnych Ezeczypospołitej. (Ustęp o konfederacyi radomskiej jest je- dnym ze świetnych w tej książce).

Król teraz widzi, że nie on aie Repniii w I'olsce rzą- dzi; że tylko nie obrażając jego przewagi, ulegając, podłażąc kiedy skoczyć (jak się przekonał) nie motna, potrafi jaką małą poprawę Rzeczypospolitej przemycić; ulega, poddaje się, rezygnuje się iiic bez pozwolenia nie robie, a tak robić, żeby mu przecie coś poprawić pozwolono.

Spostrzegli się, że zrobili podłość i samobójstwo. Ode- zwa! się honor i miłość ojczyzny, i chciano odroliić to co zrobiono. „Konfederacya Tyszowiecka", mówi Kalinka, „wy- „prowadziła Rzeczpospolitą z gorszego nieszczęścia, ale nie „byłaby zdołała tego zi'obić, gdyby była zrywała naraz z Ka- „rolem Gustawem i Janem Kazimirzem", A tak właśnie zro- biła Barska.

A po niej zwrot nowy ten stanowczy i zabójczy piei-wszy rozbiór i ohydny sejm, i pienvszy wielki niedaro- wany i niepowetowany grzech króla względem Rzeczypospo- litej. Kalinka rozumie i daje doskonale pojąć psychologiczne powody, które Stanisława Augusta skłoniły do podpisania pierwszego rozbioru; nie podejrzywa jego dobrej wiary ani woli, tylko twierdzi, że uietylko honor polski i królewski, ale rozsądna polityka kazała mu podpisu odmówić, być godnym i odwHżnym, niech się dzieje co chce. Ale na to tego króla nie było stać.

Po rozbiorze został jak jaki ki-ól Pergamu liib BUynii pod protektoratem Rzymu , ze StaQkelbei'giem za dozorcę, z postanowieniem i rezygnacyą żeby się w niczem nie sprze- ciwić, bo wszystko mogło byt Polski narazić. W tern niial znowu słuszność. Rąk nie zakłada!, robi! wiele, niejedno po-

prawił przez te lat dwanaście. Ale derpliwy i potulny, czn że to wstyd dla niego i dla narodu, że tak zostać nie p( winno, że łiez szkody nawet długo zostać nie może ; stant wisko zbyt upokarzające jest także śmiertelną chorobą. Wy padła wojna Knsyi z Turcyą. Do wojny tej się wniieeziw przez wojnę atawę i wprawę wojenną Polski poprawić, je stanowisko podnieść, a kto wić, w dobrym razie może n sprzymierzonej Kosyi wyniódz jaką korzyść poiiiyczną? Zt myślą, którą Kalinka ma za błędną, wybrał się Stanisłai August do Kaniowa; jego tam przyjazd, jego dwór łW Ki niowie, i świetny tiniący go swoim blaskiem (a pełen jPnh laków) dwór Katarzyny w Kijowie, to rozdział ostatni, p po którym jnż antor nstępuje, a król sam w listach do K cii'iskiego opowiada co myśli i robi.

Na tem tle dopiero rysują się Indzie i działania. Ludzie Rzecz to jnż uznana i wiadoma, że Kalinka był mistraei w kreśleniu historycznych wizerunków: przenikał człowiek nawskróś, czytał w jego dnszy te złe i dobre ncziida i mj -śli, które w nim działały, i opisywał go bez namiętnośe bez oburzeń ani uniesień, ale tak wyraziście, że człowiek stt jak żywy, a tak dokładnie, że nic w tej naturze nie zosta wało tajnem i niezroznmialem. W malowaniu swoich portrf tów, on nie ma tego kolorytu ponurego a effektowego, tyc nieśmiertelnych słów nienawiści i pogardy, jakiemi Tacj piętnuje podłości i zbrodnie nic gorsze. On nawet o Ks tarzynie pisze spokojnie, nawet Ponińskieniu nie ptuje w twara Hamuje się; myśli (i zapewne słusznie), że historyk awi sąd powinien wyjawić, ale nie swoje uczucie, nie swoją, ni< nawiść i gniew. A na tym sposobie prawda nic nie Iraci Katarzyna, jej dwór, jej naród, nic nie zyskują, dostają wszystk co im się należy. Nowego o Katarzynie nic powiedzieć ni mógł; wszystkie jej bezwstydy w rozpuście czy w kłamstwie wszystkie znane od wieku. On się nie bawi w opisy tyo obrzydliwości, wspomina o nich krótko, ile konieczność wj maga; jej zdolność nadzwyczajną i jej rosyjski pairyotyzr doskonale widzi i bez ogródki przyznaje; ani jej nie krzj

wJzi, ani sobie iiie Krobi tej przyjemności żeby przedsta- wić z effektera, w całym apokaliptycznym majestacie jej ba- bilońskiego panowania i wszeteczeiistwa ; oddaje jej sprawie- dliwość, najczęściej przyznaje, że postępowała mądrzej od WBzysIkicli. Ale robi to, czegoby inny nie potrafił: przenika Katarzynę, pokazuje jeden po drogim (a zawsze z dowodami, nigdy iia domysł) wszystkie pierwiastki jej charakteru i jej roaumu; wykazuje podobieństwo między jej a narodowym ro- syjskim ch;irakteremidnebeni; tlómaezy, że ona jest i logicznie być ifinsi bistorycznym ideałem tego narodn, a w końeu dopie- ro, jako wniosek mówi to, eoby Katarzynę ze wszystkiego na świecie najbardziej bolało i wstydziło. „Ducb Katarzyny wciąż „się jeszcze nad tym iiarodem unosi i wciąż go popycha na- jprzód coraz dalej, coraz szylicej, dojdzie do końca. Gdzie „koniec? Zbrodnie zbyt wielkie, pomyślność zbjt trwała, aby „Rosya spostrzegła się jeszcze na czas, i sprawdzi się ta „może to słowo, że długie powodzenie bywa czasem najsu- „rowszą karą. Zwyciężona, Ro.sya nie zatrzyma się tam, zkąd „wyszedł jej zamach ostatni; gnieść ona umić, przyswoić nie „zdoła, i wszystkie narody przez nią zdeptane, da Bóg, pod- „niosą głowy. . . . Wówczas po strasznych szarpaniach i bó- „laeh, otworzą się jej oczy, i spostrzeże, że ów wiek czy pó!- „tora kłamanej wielkosLi, były epoką jej moralnego upadku ; „zmarnowane, w dzie)ach następnym pokoleniom nie zostawią „nic, prócz i!C7DCia nbtjdu i zasłużonych nieszczęść pamięci". Naprzeciw poitretu Katarzyny, jeszcze doskonalszy, sta- ranniej wymodelowanj portret Stanisława Angnsta. Pierwszy w naszej historyogratii jego portret prawdziwy. Historyk po- sądzany niekiedy o słabość a przynajmniej zbyteczną dla króla pobłażliwość, ule zataja nic dobrego jakie w nim było, to prawda; i nie zwala, co zawsKe najłatwiej, całej winy na niego. Ale w tem właśnie jego wyjątkowa zdolność i takt, czniość jego sumienia Jako historyka i jako Polaka, że umiś, jak mało kto drugi, ani o dobrem ani o ziem nigdy nie za- pomnieć; jedno i drugie w diiszy Stanisława w prawdziwym Btopnin pokazać, złożyć te pierwiastki razem tak, 4e dosko-

uale do siebie przystają, a oddając gdzie oaleiy iiznaoie albo J współczucie, nigdy nie pójść za daleko w zaufaniu do króla 1 ani w szacunku. miarę zachowuje on wiernie i doskonale f w tera jak w pomniejszeni swojeni dziele, i dlatego ten wi- zerunek jest tak mistrzowski, dlatego ten sąd tak mądry I i sprany i ed i iwy.

Te dwa g!óvTue |»orti'ety otoczone pewuą liczbą mniej- szycb, doskonale trafionycli, pełnych życia i cbaraktem. Co wszakże więcej jeszcze w tym bistorjku zadziwia i imponnje, to jego dar przedstawienia dyiiiomatyeznycb sfosnnków, pla- nów i zabiegów. W politycznej zdolnoSci Kalinki pierwiastek to może najsilniejszy, w historycznej tensam podobno nąj- świelniejszy. Rozdział pierwszy, który opisuje stosnuek Pol- ski do państw europejskich: Prus, Aiisiryi, Francyi i Anglii, jest takim obrazem zagranicznego położenia i polityki, ja- kiego w naszej bistoryi przedtem nigdy jeszcze nie było. Au- strya zwłaszcza, Aiistrya przed pierwszym rozbiorem, odmienne pojęcia i zamiary, różne natury Maryi Teresy, Kaunitza i Jó- zefa, błąd jaki popełniają, przeczuwając (prócz Józefa) jego skutki i bojąc się ich, względy, które ich (jak sądzą) zmu- szają do popełnienia tego błędu i narażenia się na te skutki, to jest w swoim rodzaju doskonałość, a najdoskonalsze w niej I przedstawienie polityki i charakteru Józefa. Działali dyplo- ] raatycznych nikt u nas tak przedstawiać nie unjial. W jednym I odsyłaczu do swojej książki, Kalinka odwołuje się do czwar- tego tomu bistoryi Szujskiegu, i oddając jej wszelkie po- chwały, mówi, że brak jej tylko „praktyki interesów publi- „cznych, bez której historyk choćby najzdolniejszy, nie może nPi-zyjść do wytrawnego politycznego sądu". Praktyki tej na- brał Szujski w późniejszych latach. Kalinka wyniósł ze swoich emigracyj n3'cb lat wędrówki, z tej szkoły w której zostawał. I kto wiś, czy nie dlatego żaden z naszych histo- ryków nie dorównał mu znajomością spraw zagranicznych i dyplomatycznych, że żaden się iclr w praktyce tak jak on nie dolknąl.

I

Jakkolwiekbądż książkii ta była (lorażuem i niespodzia- nem objawieoiem znakomitego historyka, o którym nikt nie wiedział, którego przedtem nie było. Po drobnych tylko nie- dokładnościach, sze/ególiicli iiiesprawdzonycli a powtórzo- uych za popi7.ednikami (jak naprzyklad pochodzenie niby tatarskie Xawercgo Braniekiego) znać, ie to historyk po- czątkujący i względem dawnych powag jeszcze zbyt ufny. Ale w rzeczach wainycli iatwowieniości takiej niema, a ksiąiika jak nowego historyka, tnk była też objawieuiem i nowego w liistoryografii a może i w polityce polskiej zwrotu, a bo- daj czy nie okresu. Cechii jego jest wyśledzili i wskazać co w przeszłości było złem, bez wahania, bez ogródki, na to, hy się w teraźniejszości z tego złego leczyć, a w przyszło- ści go w sobie nie mieć. Szujski wchodził ua drogę w tym- samym czasie, i od nich dwóch zaczyna się teu zwrot. Czj zły i szkodliwy? Tak mówi zazdrość, tak mówi przeciwna tendencya polityczna, tak myśli i wierzy rozum płytki, pod- azyty dobrem ałe slabem uiemęzkiem uczuciem. Naprawdę, Opatrzność to Boska dala nam na najgorsze czasy ten kordyał, to gorikie lekarstwo, tii światło historyi, ten racłmnek sumie- nia . . . nikt łiez tegn w górę nie W3'jdzie: ani do nieba czło- wiek, ani do sity naród. Ale były i do dziśdnia zdania pod tym względem różne i słyszał ich wiele Kalinka zanim książkę swoją oddal do druku. „Narodowi odbierał ufność iW siebie, niwkar^al go przed obcymi i nieprzyjaciółmi ; tym :^ nieprzyjaciołom dawał dogodną l»roń w rękę a przynajmniej „pole otwierał do szyderstw i obelg . . . cześć przeszłości i nj-